Archive for Luty, 2012

Drop Zone – Operation Argona

Posted: 05/02/2012 by logan in Kontrakty
Tags: , , ,

21 stycznia 2012, mała reprezentacja Blackwater wzięła udział w milsimie „Operation Argona” organizowanym przez zaprzyjaźniony team 6th. Milsim ten był początkiem serii Drop Zone, w której małe oddziały Task Force będą mieć za zadanie realizację celów postawionych przed nimi przez organizatorów.

Skład Blackwater w trakcie „Operation Argona” to: Sonsi, JKL i Logan.

AAR dostępny w PDF’ie:

Argona_AAR

Dziś przyszedł do nas Rodrigezowicz.

– Będzie akcja- mówi.

Jasne, że będzie wzruszamy ramionami. Cały czas jest. W końcu czym innym jest zbieranie artefaktów w Zonie, jak nie ciągłą akcją? Zwłaszcza jak polują na Ciebie dobry człowieku żołnierze, bandyci, mutanty oraz inni stalkerzy? Jak czasem anomalia zmieni nogę w galaretę? Pieska robota, psiamać. Ale i kasa z tego jest. Kasa jest potrzebna. Dzieciaki trzeba odchować, ryje wykarmić. A potrzeby coraz większe: mieszkanie zamienić na lepsze, ajpody-srajpody dla dzieciaków, wczasy w Soczi dla żony… I co, że ja i tak ich widze 2 razy do roku kiedy się na wywczasy z Zony do domu wypuszczę. Uuuch, jebata żyzń.

Ale nic. Rodrigezowicz mówi dalej.

– Sprzężenie będzie. Jutro, około dziewiątej wieczorem.

Strzyżemy uszami. Skąd on to cholera, wie? Rodrigezowicz to dobry stalker, doświadczenie ma wojskowe. W Specnazie był. Tylko się za bardzo sprzętem obwiesza, kolimatory, risy-srisy, lasery-bajery…. Zwykły kałach też jest dobry. Czasem nami dowodzi, pewnie będzie tak i teraz, w końcu to on przyniósł informacje. A więc działka się jemu należy największa, taki zwyczaj. Patrzę się na resztę klanu Czornaja Woda. Już się ślinią na myśl o zarobku.

Nie dziwota. Raz na jakiś czas ( a zupełnie nie wiadomo raz na jaki) przez Zonę przechodzi sprzężenie. Tak to nazywamy. W Zonie wtedy być nielzia: jeśli będziesz sprzężenie przerobi cię na galaretę. Za to potem! Wysyp jest artefaktów wszelakich. Zbiera się je jak podgrzybki jesienią. Tylko na anomalie trza uważać. Całkiem się wszystko przesuwa, zona zmienia się nie do poznania.

Rodrigezowicz ma dla nas kolejne rewelacje.

– Godzinę po sprzężeniu będziemy mieli współrzędne artefaktów.

O, Bladź! Czyli walimy w ciemno, nie błąkamy się pomiędzy anomaliami! Ale skąd dostać takie informacje? Do tego trzeba satelity i to wojskowego z podglądem promieniowania we wszelkich pasmach, to poza możliwościami stalkerów!

Patrzę się na Loganowicza. Poczciwy chłop choć dzieciorób. Chłopaki mówią że ma 5 różnych żon, dwie w Kijowie, dwie w Odessie a jedną w samej Moskwie. Każdej zrobił po trzy bachory. Ciągle jest do tyłu z kasą: wiadomo, tyle gąb wyżywić…

Loganowicz szepce: – Pewnie to od Agapowa…

No pewnie, ma rację! Agapow to handlarz w naszej części Zony. Cholerny krwiopijca i wyzyskiwacz. Targuje się o każdy artefakt a potem sprzedaje z zyskiem 1000% naukowcom spoza strefy, psia jego mać. Ponoć zarobił już kokosy. Chłopaki mówią, że Agapow ma kilka pałacyków na Ukrainie, kilka apartamentów w Rosji, podobno też kupił sobie willę na lazurowym Wybrzeżu. A my tu wypruwamy sobie flaki… Ale z Agapowem lepiej żyć w zgodzie. Było kiedyś dwóch takich. Zamarzył się im wielki szmal. Doszli do wniosku, że sami znajda dojścia i sprzedawać będą artefakty bez pośrednictwa handlarza. Udało się im raz, chwalili się innym stalkerom, że teraz oni są pany. Drugi transport Agapow zakapował do wojska. Wojsko urządziło zasadzkę: jednego ze wspólników i „mrówki” zastrzelili. Drugiego złapał sam Agapow przy pomocy swoich koleżków z FIA (Federalnaja Interwencyjnaja Agencja) i wsadził łbem naprzód do anomalii. Teraz nikt się nie stawia, w końcu na co pieniądze jak się jest trupem…

Ale teraz wygląda na to, że choć raz Agapow zarobi swoje pieniądze sprawiedliwie.

– Dostaniemy, mapy, strefę rozlokowania wojska, współrzędne artefaktów – mówi Rodrigezowicz.

Fiu, Fiu! – gwiżdże z podziwem Sonsiejew zwany Łysą Julią. Czasem jego przezwisko budzi wesołość wśród nowych stalkerów, tzw. kotów. Podśmiechujki z Łysej Julii to zły pomysł: można się dorobić złamanej szczęki a skąd wziąć dentystę w Zonie? Sonsiejew faktycznie jest łysy jak kolano. Druga część przydomku wzięła się z wojny Polsko-Białoruskiej. Najął się jako najemnik do Polaczków. Jego oddział miał kryptonim Julia. Sonsiejew był znany z tego, że osobiście podrzynał gardła złapanym Białorusinom. Czemu? Bo ponoć kiedyś jakiś Białorusin zwiał z jego pierwszą żoną, chyba ma uraz.

– Jotkaeljew i Tatowicz będą odpowiedzialni za nawigację.

Acha, czyli ja. Patrzę na Jotkaeljewa. To nasz klanowy haker – ciągle cos tam robi z komputerami. Poprzerabiał nasze stalkerowe PDA tak aby automatycznie otrzymywały wiadomości od Agapowa i nanosiły je na mapę zony i jeszcze łaczyły się z centralą. To mu się udało, choć nie zawsze jest taki sprytny. Kiedyś kupiliśmy śmigłowiec od wojska, myśleliśmy, że będziemy latać na rozpoznanie nad Strefą. Jotkaeljew chciał shakować wojskowy soft w śmigłowcu i spalił cała awionikę: byliśmy 300 tysięcy zielonych do tyłu.

Jotkaeljew puszcza do mnie oko. Niby że wszystko będzie w porządku. Dobra, niech Ci będzie, odmruguję.

– Pójdzie z nami nowy: Marcinkajew.

Robalow się marszczy. Nie dziwota: Marcinkajew ma opinie twardziela. Ponoć spieprzył kiedyś z transportu na Kołymę, przez 3 tygodnie szedł syberyjskim lasem zanim doczłapał się do jakiejś wsi. Ma na łokciu wytatuowane imię swojej dziewczyny. Twierdzi, że jak daje delikwentowi w ryja z łokcia to lubi mieć świadomość, że imię jego dziewczyny to ostatnia rzecz jaka tamten widzi. Pojeb, nie? Ostatnio wbił jakiemuś kotowi szczękę do mózgu.

Robalow nie może go lubić bo sam jest maminsynkiem. Lubi siedzieć w ciepłych gaciach przed kominkiem i wozić się ogrzewanym gazikiem. A tu w zonie zima więc dupa mu się może odmrozić, zwłaszcza jeżeli to Marcinkajew narzuci tempo marszu. No, ale nie narzekam bo Robalow dobrze strzela i parę razy w bitwie mi dupę uratował.

– Na satelitarnym absmatrywanju będzie siedzieć Suszynskaja. – To dobry pomysł: jeden z naszych będzie patrzył na nasze ruchy w terenie przez sygnał zwrotny naszych GPS-ów wbudowanych w stalkerskie PDA. Dzięki temu może korygować nasze ruchy naprowadzając nas na artefakty lub pomoże odnaleźć się w wypadku gdybyśmy rozproszyli oddział. W razie wypadku możemy się połączyć sat-tefonem a ta zaalarmuje Agapowa (o ile ta handlarzyna zechce nam przyjść z pomocą). Suszynskaja to jedyna kobieta w naszym klanie. Twarde babsko, próbowałem ja kiedyś poderwać podczas stalkerskiego ogniska, wiadomo samotność w Zonie doskwiera. Przystawiła mi nóż do kroku i powiedziała, że rozpłata kak sabakę. Głupi babsztyl, pewnie lezba, to jest chciałem powiedzieć kochająca inaczej, tfu!

– Dziś o 2000 spotykamy się przed zachodnim wejściem do Zony – kończy odprawę Rodrigezowicz. – W terenie jest armia, mogą być bandyci. Wchodzimy, łapiemy ile się da artefaktów, spadamy do Agapowa, sprzedajemy je i idziemy na wódkę, paniali?

Kiwamy głowami.

– Bądźcie gotowi, wsio musi być na tip-top. Jak nie, nogi z żopy powyrywam, jasne?!

Jasne, wszystko jasne.

Wieczorem jesteśmy na miejscu wszyscy punktualnie. Tylko Sonsiejew z Marcinkajewem się lekko spóźniają: ponoć zamarzł im zamek w gaziku. Mogli rozmrozić spirytusem, co oni się nie znają? Lekko popizduje. Patrzę na termometr: -11 st. Eee, luzik jest! Myślałem, że będzie zimniej.

Przed wejściem do strefy coraz większy tłum. Ten cholerny handlarz zaprosił tu chyba wszystkie klany stalkerów! Przy takiej konkurencji co my zarobimy, bladź? Z drugiej strony go rozumiem, zabezpieczył się. Jeżeli my zginiemy zastrzeleni przez wojsko czy bandytów, to może komu innemu uda się przedrzeć. Grunt żeby przynieśli artefakty Agapowowi. Cholerny handlarz, dla niego ważna jest tylko kasa.

Punktualnie o 2030 Agapow robi odprawę.

– Baczność! W szeregu zbiórka!

Co on sobie myśli, że to Krasnaja Armia? My jesteśmy stalkerzy! Ale nic, stajemy. Czuć w powietrzu, że zaraz będzie sprzężenie (do tej pory nie wiem jak Agapow mógł o tym wiedzieć 24 godziny przed faktem, chyba się jakaś przełomowa technologia w wojsku pojawiła) po tym wejdziemy w teren. Po godzinie, o 2200, dostaniemy koordynaty. Wiadomo, nad Zona przeleci satelita, obfotografuje i dane wyśle do Wojska. A stamtąd, jakiś gruby generał, który siedzi u Agapowa w kieszeni prześle te dane tam gdzie trzeba… Czyli do nas.

Tuż przed 2050 rusza sprzężenie. Niby nic nie widać ani nic nie słychać, ale włosy same staja na głowie… W okolicy rozszczekują się psy. Pewien jajogłowy mówił mi kiedyś, że sprzężeniu towarzyszą zjawiska infradźwiękowe, czyli niby takie które są poniżej granicy słyszalności ludzkiego ucha. Że niby nic nie słychać ale powoduje to panikę u zwierząt i ludzi. Mówił, że znane są przypadki porzucania przez marynarzy okrętów na morzu z powodów tych infradźwięków. Kto go tam wie, może zmyślał. Ludzie po litrze spirytusu nie takie rzeczy opowiadają.

Agapow rozdaje batoniki, ponoć obniżają wpływ promieniowania. Przydatne, jak się utknie na dłużej w Zonie. Dziesięć minut później wchodzimy tłumnie do strefy. My dzielimy się na dwa oddziały. Pierwszym dowodzi Rodrigezowicz, z nim Jotkaeljew jako nawigator, Loganowicz medyk i Robalow osłania dupę. W drugim, dowodzonym przez Sonsiejewa jestem ja jako nawigator i Marcinkajew. O 22.00 mamy się spotkać we wcześniej ustalonym miejscu i już razem ruszyć w strefę wojska. Musimy się połączyć – mamy tylko jednego medyka. To znaczy przeszkolenie ratownicze mają wszyscy ale po kilku chudych miesiącach w zonie i wtopie na wypadku ze smigłowcem stać nas było tylko na jeden plecak medyczny. Który teraz dźwiga niezadowolony Loganowicz, hłe, hłe.

Nasz oddział rusza ku północnej granicy strefy, Rodrigezowicza ku południowej. Czeszemy zagajniki i pouczone budynki przy starej autostradzie północ południe. Mija jakieś 40 minut potykania się o zmarznięte wykroty i klęcia w żywy kamień. Nagle poruszenie na radiu. Jest! Jest! Marcinkajew znalazł artefakt! Dobra nasza, czyli przynajmniej wyprawa wyjdzie na czysto! Każdy następny to czysty zarobek. Zaraz potem Sonsi znajduje jednego. Klepiemy się radośnie po plecach. Od drugiej grupy też mamy radosne wieści: mają trzeci! Do Agapowa idą z naszych stalkerskich PDA trzy zaszyfrowane wiadomości:

2146 JKL KIA

2149 Sonsi GOD

2156 Tato SHE

– 3 minuty do 2200! – w radiu słyszymy nerwowy głos Loganowicza. Czyli za trzy minuty kończy się rostawianie i niepisany układ pomiędzy Stalekrami, żeby do siebie nie strzelać… Zdążamy na miejsce spotkania.

– Czas do przybycia 1 minuta! –melduje dowódcy Sonsiejew.

– Odwołane, odwołane. Spotykamy się na miejscu zapasowym – dostajemy meldunek zwrotny.

Spokojno, to niedaleko, będziemy za góra 5 minut. Skręcamy i wzdłuż południowej krawędzi Zony idziemy na wschód.

Mamy około 100m do oddziału dowódcy, kiedy słyszę nerwowe nawoływania na radiu.

– Kontakty na drodze! Wchodzą na mnie! – to Robalow. Rozdrigezowicz go uspokaja, wie że podchodzimy, nie chce dopuścić do przyjacielskiej wymiany ognia. Ale Robalow wiec co mówi, a ja potwierdzam jego słowa. Jesteśmy na tyle daleko, że nie możemy to być my. W końcu Rodrigezowicz wydaje zgodę na ostrzał: agoń! Rozlega się terkot karabiny wsparcia o 50m w przód od nas. Po chwili dołącza wolniejszy pyk!pyk! z eM-ek. Kontakt odrywa się od ostrzału, pechowo dla siebie bo w kierunku naszego nadchodzącego oddziału. Puf! Puf! Puf! Posyłam jednemu serię z P-90. Wróg staje ale nie wiem czy dostał. Strzelam jeszcze raz: puf! puf! puf! Jęczy, chyba go dobiłem. Podciągamy do przodu. Jeszcze krótka wymiana ognia i wszyscy wrogowie nie żyją. Rodrigezowicz sprawdza przez radio stan: kak u was? Żyw! Żyw! Meldujemy. Okazuje się, że nie mamy żadnych strat własnych. Przeszukujemy trupy: to stalkerzy. Przez chwilę mam wyrzuty sumienia, pewnie tez mają dzieci i jędzowatą żonę… Ale po sekundzie uświadamiam sobie, że bycie stalkerem to twardy biznes. Mniej stalkerów – mniejsza konkurencja. Sprawdzamy im worki zrzutowe: nie maja artefaktów, bladź! Zabieramy batony przeciwpromienne i spadamy. Na wschód w stronę linii wojskowych.

Idziemy cały czas wzdłuż południowej granicy Zony. Nasze PDA pokazują, że kilkaset metrów od nas powinien być artefakt. Niestety, choć wypatrujemy oczy, nagrody ani widu ani słychu. Pewnie ktoś już ją zgarnął, psia mać. Na podsłuchu mam inny kanał radiowy. Jakaś grupa melduje o znalezionych trupach, a więc ktoś idzie naszym śladem! Trzeba się pospieszyć. Zgłaszają się numerkami 21, 22, 13… Wydaje się że klan Tienie. Znaczy się, konkurencja! Tymczasem coraz lepiej widać linię demarkacyjną – żołnierze całą oświetlili zniczami. Robi to miłe wrażenie jak z Zaduszek ale wiemy, że nie będzie łatwo się przedrzeć! Tym bardziej, że sołdatów mnóstwo, słyszymy ich nawoływania. A teren robi się coraz trudniejszy. Nasza grupa idzie po cienkim lodzie, który trzaska nam pod stopami. Oczami wyobraźni widzę jak lód się załamuje pode mną i ląduje po pas w zamarzającej wodzie. Na domiar złego pękają gałązki w olchowym młodniaku przez który się przedzieramy. Mam wrażenie, że słychać nas z kilometra: jak nic zaraz zagrają gniazda karabinów maszynowych. Idziemy coraz wolniej i ostrożniej. Ostatnie metry pokonujemy w ślimaczym tempie, noga za nogą.

– Stój! Kto tam?! – Krzyk żołnierza brzmi jak wystrzał w nocnej ciszy. A więc stało się to co musiało się stać: usłyszeli nas! Zaraz zacznie się strzelanina! Odbezpieczam karabin. Ale strzały nie padają, może i sami wartownicy nie są pewni czy cos słyszeli czy nie? Przesuwamy się nadal wolno do przodu.

– Hasło! – kolejny krzyk. Pada pierwszy strzał, o bladź! zaczęło się! Jest ich dwóch, po naszej prawej, przy granicy. Odpowiadamy ogniem. Jeden znika: albo oberwał, albo zerwał. Drugiego nie widzimy ale gdzieś tam nadal jest.

Alarm! Alarm! O psie syny, dobrze są zorganizowani! Od południa w nasza stronę biegnie tłum żołnierzy, słychać wykrzykiwane rozkazy, widać promienie latarek. Co robić, co robić? Uciekać, przebijać się? Dowódco, dawaj rozkaz!

Naprzód! – słyszę w radio Rozdrigezowicza. A więc w pieriod! Odbijamy biegiem w prawo, jak najbliżej granicy a jak najdalej od nadciągających posiłków. Cały czas pamiętam, że tam musi być jeszcze jeden strażnik, gdzie on? Jest, jest, widzę majaczący biały maskalat z kapturem skulony obok drzewa. Przyklękam i puszczam mu serię. Puf! puf! puf! gdacze mój toster. Nic? O bladź! Poprawiam, puf! puf! puf! Znów go nie trafiam, ale chyba strzelam blisko, bo podrywa się i zaczyna uciekać wzdłuż granicy na zachód. Ratatatata! Ciągnie za nim serią z SAWa Robalow. Gnamy biegiem, najpierw do granicy, potem na zachód. Byle dalej, bystrieje, bystrieje! Nadbiegające wojsko otwiera ogień, na szczęście wyjątkowo niecelnie, nie słyszę żeby kulki uderzały wokół nas. Dopadamy taśmy: czyżby już koniec strefy? Hurra! Przychodzi opamiętanie: wbiegamy na teren kontrolowany przez wojsko, pobiegną za nami. A więc nie wolno się zatrzymywać, bystrieje! Odskakujemy jeszcze ze 100 metrów, odgłosy wojska cichną. Udało się, udało! Ciężko dyszę, nie mam siły pogratulować udanego zerwania.

Sprawdzamy stany: wszyscy są? Oż, bladź nie ma Sonsiejewa i Marcinkajewa!

– Sonsiejew! Sonsiejew! Tu Rodrigezowicz! – wywołuje ich dowódca. Są, żywi. Oddychamy z ulgą. Żołnierze weszli w nas tak szybko, że musieli zrywać w drugim kierunku, w stronę „wolnej” strefy. Będą się do nas przebijać. W pariadkie, przejdą przez linię demarkacyjną w innym miejscu i dadzą nam znać. Ruszamy szybko do najbliższego artefaktu.

Widzimy go już z daleka. Do Agapowa leci kolejny szyfrogram: 2343 RAM JKL

Oj, wreszcie się odkujemy! Może i na nowy samochód starczy… Sąsiad miał do sprzedania tanio Mercedesa, beczkę. Oddaje się marzeniom podczas gdy Rodrigezowicz minuje miejsce po artefakcie. Może ktoś wejdzie, kolejnego konkurenta mniej będzie? W zawodzie stalkera nie ma litości.

– Niespodzianka założona, ruszamy – słyszę głos dowódcy. Odwracam się w kierunku marszu i ruszam w kierunku wskazanym przez Jotkaeljewa, kiedy nagle: buch! błysk oświetla drzewa. I wycie syreny. Odwracam się i oczom nie wierzę: w minę wszedł nasz, Robalow!

– Co się stało? – jęczy i przewraca się na ziemie. Natychmiast dopada do niego Loganowicz, medyk. Bada rannego. Reszta robi szybki perymetr. Jestem wściekły: ranny na własnej minie! Po minach kolegów widzę, że jeśli Robalow z tego wyjdzie to go chyba dobiją saperkami. Rozglądamy się czujnie: przecież to terytorium wojska. Na pewno słyszeli wybuch i przyślą patrol. A tu trzeba jeszcze opatrzeć i ewentualnie ewakuować Robalowa.

– Lekko ranny. – przychodzi na radiu uspokajający komunikat od Loganowicza. Miał fart, gorący szrapnel oparzył mu skórę, krwawienie jest lekkie. Robalow już opatrzony, medyk musi mu zmieniać opatrunek co godzinę bo się rana rozpaprze, ale poza tym jest w pariadkie. Ruszamy jak najszybciej, byle dalej od miejsca wybuchu.

Kilka chwil później jesteśmy przy kolejnych koordynatach. PDA Jotkaelowicza pokazuje, że artefakt musi być gdzieś przy wale z drogą. Wszystko się zgadza, więc Agapow otrzymuje kolejny szyfrogram: 2351 SAW JKL. Bez zbędnych przygód kilkanaście munut poźniej znajdujemy następny: 0006 KOT JKL. Muszę przynać, że Agapow odwalił dobra robotę. Dane są dokładne, idziemy jak po sznurku. Nie wiem ile kosztowało posmarowanie jakiegoś tłustego generała w sztabie, ale jak dla mnie to były dobrze wydane pieniądze. Zbliżamy się do wschodniego końca strefy. Tu powinien być artefakt i medyk. Ognisko medyka widzimy z daleka, a gdzie artefakt? Rozdrigezowicz i Jotkaeljew wchodzą do bunkra. Po chwili słyszymy upiorny rechot. O żesz bladź, szto eta?! Chłopaki wypadają bladzi z bunkra.

– Małpa! Małpa! Mutant jeb..ny!!

Jaka małpa? Skąd w zonie małpa? Nie chcą mówić, wyglądają jakby zobaczyli ducha. Szybko nadajemy szyfrogram: 0030 HDD JKL i idziemy do Medyka.

Ognisko u medyka piękne i ciepłe. Medyk, niejaki Basajewicz to człowiek Agapowa. Musze powiedzieć, że dba o nas. Szybko ogląda ranę Robalowa, smaruje jakąs maścią.

– Rana lekka – mówi – za godzinę można zdjąć opatrunek, wcześniej nielzia.

Dobra, poczekamy. Basajewicz częstuje kiełbasą z niedźwiedzia, zupa pomidorową i samogonem. Czym chata bogata! Jest przyjemnie, można by tu siedzieć do wiosny. Ale trzeba tez łapać artefakty. Jeden jest niedaleko, może 250 metrów. Rozdrigezowicz i Jotkaeljew szybko idą po niego, 20 minut poźniej są z powrotem, a Agapow dostaje szyfrogram: 0059 GIT JKL.

Teraz mamy czas trochę odpocząć. Kontaktujemy się z Sonsiejewem. Okazuje się, że chłopaki zaatakowali strefę demarkacyjną w samym jej środku. Szli ostrożnie, skradali się, czołgali… I kiedy już doczołgali się do granicy unikając patroli, a Sonsiejew miał wydac rozkaz przeskoczenia, okazało się, że Marcinkajew zgubił EoTecha… 400 zielonych piechotą nie chodzi, więc musieli się wrócić po śladach. A kiedy już się mieli poddać po godzienie szukania, kolimator wypadł na ziemię zza plecaka Marcinkajewa. Ha ha! Śmiejemy się ale Sonsiejewowi nie do śmiechu, teraz nie ma sensu żeby się przebijali, niech wracają do bazy. Potem chłopaki opowiadają o małpie: wisiała franca pod sufitem. Skradają się przez bunkier, ciemno i straszno. Nikt małpy nie widział, ale ona jak zobaczyła światło to zaczęła tak głośno i upiornie rechotać, że mało się nie… No nieważne. Złapali artefakt i uciekli.

Grzejemy się przy ognisku i patrzymy na mapę. Niedaleko są kolejne artefakty, trzeba iść. Ale w workach mamy ich już 8, co będzie jak nas ktoś ubije? Dorobek wieczoru pójdzie w powietrze! Rozdrigezowicz mówi: jeden zostanie przy ognisku a reszta idzie szukać! Pomysł jest dobry: w okolicach ognisk medyków istnieje niepisane prawo, stalkerzy do siebie nie strzelają. Kto zostaje? Wszyscy chcą iść, iść cieplej niż siedzieć, a temperatura spada coraz niżej. Patrzą się na mnie: wiadomo, ja najsłabszy, wiek i kondycja już nie te. Ale ja mogę iść!

– Dzjeduszka, astaniesz? – pyta się Rodrigezowicz. Dobra zostanę. W sumie mam najcieplejsze ciuchy. Do plecaka wziąłem dodatkowe gacie ocieplane i waciak, amerykańskie, na jebeju kupiłem. Teraz jak znalazł, bo popizduje zdrowo, Rodrigezowicz ma na plecach mundur zamarznięty na blachę.

Idą, a ja pilnuje worka z artefaktami. W myślach liczę kasę: oj chyba starczy nie tylko na nowy samochód! Do ogniska przychodzi grupa stalkerów. Jeden z nich ranny w rekę, dostał od miny. He, he, pewnie naszej. Ubili małpę-mutanta z bunkra, przynieśli jej ścierwo. Dają ją na pamiątkę medykowi. Nasi wracają, są dwa nowe artefakty i dwa nowe szyfrogramy: 0153 HIT JKL i 0200 HEX JKL. Na HEX weszli w ostatniej chwili: jak schodzili z punktu to weszli na grupę stalkerów. Ostrzelali się, chyba ranili dwóch, po czym zerwali w kierunku powrotnym bez strat własnych. Mamy 10 artefaktów! Loganowicz coś liczy patykiem na śniegu i się uśmiecha. Chyba mu starczy na nowe buciska dla wszystkich piętnaściorga dzieci. Czekamy spokojnie na koniec gry: po tej stronie Zony już chyba nic nie upolujemy. Być może jest jeszcze jeden artefakt do zdobycia, ale pod wojskową strefą. Ryzyko za duże: jak nas ubiją stracimy dotychczasowy urobek.

– Nie bądź chamie chytry – decyduje dowódca. Do ogniska wpadają kolejne grupy stalkerów. Namawiają nas na wspólne wyjście. He he, nie ma głupich! My z wami wyjdziemy a wy nam strzelicie w plecy i zabierzecie artefakty. Całujcie psa w nos! O 0400 Basajewicz odpala rakietę, która o mało nie rozsadza wszystkich przy ognisku. Bladź! Zbieramy się do Agapowa. Około 0445 docieramy do ogniska przy zachodnim krańcu Zony. Oddajemy artefakty i pobieramy zapłatę. Jest bogato! Agapow zadowolony, przynieśliśmy mu najwięcej. Ale świętować będziemy kiedy indziej. Teraz sprawdzam temperaturę: jest -17 stopni. Jesteśmy ubrani do marszu nie do siedzenia w warunkach syberyjskich. Żegnamy się ze wszystkimi i wracamy do bazy. W bazie budzę Suszynskają, która zasnęła nad monitorem z zapisem z satelity. Jest 0530. Czas spać.