Posts Tagged ‘48h’

W lipcowym numerze Arsenału znalazł się artykuł poświęcony imprezie 48h autorstwa Sonsiego, Taty i Foki.

Artykuł znajduje się w załączeniu.

Zapraszamy do lektury!

48h artukuł arsenał

Tegoroczny 48h zakończył się w niedzielę 15 lipca nieco przed czasem. Tradycyjnie miał miejsce w Borach Tucholskich w okolicach Kaliskiej i Czarnej Wody. Równie tradycyjnie opisywał konflikt dwóch państw Kyprozji (demokratyczny kraj o wpływach USA) i Radestanu (była republika socjalistyczna) o sporny obszar „niczyj” czyli Dolinę Okty należący nominalnie do Biharu. Teren gry obejmował około 170 km2 terenu! Równie rekordowa była liczba uczestników – zarejestrowanych i opłaconych było 250 graczy co jak na gre typu milsim jest imponujące.

W tym roku nasze (czyli Kyprozyjskie) wojska miały za zadanie przetransportowanie z kopalni na terenie Biharu materiału rozszczepialnego przy pomocy zmotoryzowanych konwojów składających się z 3 transporterów: dwa przewoziły obstawę, zaś trzeci był przeznaczony na ładunek. Zadaniem naszych przeciwników było przechwycenie konwojów i przejecie przewożonego uranu. Konwój musiał być zatrzymany przy pomocy IED odpalonego przed konwojem, zwykłe ostrzeliwanie transporterów z broni ręcznej nie przynosiło żadnych skutków. W ciągu 48h wyznaczonych miało być 5 transportów – o terminie i miejscu odebranie przesyłki Kyprozja dowiadywała się na kilka godzin przed faktem. Ograniczeniem były zaminowane drogi na terenie Biharu – konwój mógł korzystać tylko z niektórych szlaków. Dostawy przesyłek były organizowane po przeciwnej stronie doliny w dużym oddaleniu od bazy Kyprozji nawet 25 km, co powodowały, że kluczący konwój musiał przebywać na terenie gry nawet kilka godzin i przebywać odległość kilkudziesięciu kilometrów we wrogim terenie, zwłaszcza, że jego prędkość była ograniczona do ślimaczego 20km/h. Obie strony dysponowały ponadto szybkimi śmigłowcami, zdolnymi do przewozu żołnierzy: te jednak ze względu na lesisty teren mogły lądować tylko w kilkunastu wyznaczonych punktach. W dodatku śmigłowce miały zapas paliwa tylko na 1,5h lotu: przekroczenie tego czasu skutkowało utratą śmigła i WZW wszystkich na pokładzie. W efekcie zasięg operacyjny śmigła stanowił jakieś 2/3 terenu, lot dalej groził niemożnością powrotu do bazy.

Analiza mapy pokazała, że siec dróg tak naprawdę da sie łatwo zablokować: 80% dróg pomiędzy Kyprozją a terenami kopalń blokowały 3 punkty, pozostałe 20% blokował 4ty punkt. Czyli można powiedzieć że my wiedzieliśmy „kiedy” a nasz przeciwnik wiedział „gdzie” – przygotowując zasadzki w tych punktach musiał mieć pewność, że wjedziemy w jego ręce. Bardzo dużym wyzwaniem była komunikacja – teren był olbrzymi a nie można było korzystać z telefonów jedynie z radiostacji, co podnosiło poziom „sim”. Z czasem miało się to okazać kluczowym wyzwaniem: brak komunikacji między HQ a oddziałami i niemożność na reagowanie na zmieniającą się sytuacje mogło być ważnym czynnikiem zwycięstwa lub porażki. Wasz niżej podpisany, jako przedstawiciel HQ jeździł z konwojami starając się koordynować działania Korozji w terenie, wykorzystując bieżące z pierwszej linii i czując się niby dowódcy koordynujący z Blackhawk Down. Podobnie tez jak oni zazwyczaj miałem możliwość tylko kontaktu z HQ a nie z oddziałami w terenie licząc na przekazanie moich komunikatów dalej do oddziałów.

Wojskami Kyprozji dowodził w tym roku Major Spencer, bardzo dobrze znany większości milsimowców z Mazowsza. Obecność Majora wymogła na nas nowe poziomy zaangażowania, gdyż jak zawsze postawił poprzeczke wysoko. 🙂 Pokazał tez nowe poziomy w dowodzeniu oraz planowaniu akcji w grach airsoftowych.

Pierwszy konwój wyruszył dość szybko po starcie gry ok. 16.00 w piątek i dość szczęśliwie powrócił nie napotkawszy żadnego kontaktu. Z perspektywy oceniam to jako czysty łut szczęścia, gdyż nie byliśmy przygotowani na jego przeprowadzenie, być może przeciwnik nie zdążył rozstawić posterunków. 3h w grze może wydawać się dużo ale nie na 48h, gdzie trzeba przygotować bazę, sztab, łączność, rozplanować akcje na dwie doby. W międzyczasie doszło do kilku potyczek z jednostkami wroga, które najprawdopodobniej dokonywał zwiadu. W efekcie 16cie osób wyeliminowano, przy jednym własnym RC. Wzięliśmy do niewoli wroga (mam nadzieję że się wyspał i nie czuł się nadmiernie torturowany) 🙂 .

Drugi konwój, również przeszedł niezauważony choć tym razem byliśmy przygotowani na jego obronę a i przede wszystkim poprawiliśmy (co dużo kryć: de facto stworzyliśmy bo wcześniej jej nie było, wstyd) komunikację miedzy plutonami, konwojem i HQ. Tu zasługa wydzielonej komórki łączności w osobach teamu RLC.

Trzeci konwój trafił w zasadzkę wroga. Obrona bezpośrednia konwoju została wyeliminowana a QRF nie dojechał na czas: konwój po trafieniu stał 20 minut. Nieprzyjaciel zniknął ze skrzynią uranu w krzakach i tyle ja widzieliśmy… Oby dostali choroby popromiennej. 🙂 QRF przyjechał za późno i choć wziął udział w potyczce skrzyni nie odzyskał u musiał się wycofać po uzyskaniu strat. W tym momencie było 2:1 i wszystko jeszcze się mogło zdarzyć.

Wiadomo było, że trzeci konwój będzie kluczowy i bardzo ciężki do przeprowadzenia. Nieprzyjaciel miał już świetnie rozpoznany i obsadzony teren, ustawione czujki i zasadzki. My zaś mieliśmy już zaskakująco uszczuplone siły kontuzjami. Plan akcji był koronkowy: obsadzenie i oczyszczenie kluczowych punktów przejazdu konwoju przez oddziały piesze DOKŁADNIE na kilka chwil przed wjazdem konwoju, tak aby nie zdradzić planu i aby wróg nie zdążył przysłać posiłków. Ale jedno to dobre plany koordynujące działania wielu sił od których specjalista jest major Spencer, a drugie to pytanie czy to wszystko wypali? Konwój wyruszył ok. 23.00 aby podebrać przesyłkę głęboko pod granica nieprzyjaciela. Jazda w ciemności konwojem oświetlającym drogę tylko przy pomocy malutkich czerwonych światełek była wyczerpująca. O 23.30 wpadł w zasadzkę IED i został ostrzelany. Ponieważ był pusty i nie było uranu, którego należałoby bronić, ochrona nawet nie opuściła transporterów. Radestańczycy przeszukali pustą ciężarówkę i konwój ruszył ponownie 20 minut później.

Po odebraniu przesyłki konwój ruszył w kierunku jednego punktów kluczowych. Było oczywiste, że zostanie na nim zaatakowany. Czy nasze plutony oczyszczą lokacje? Czy zdąża na czas przemaszerować kilka kilometrów i trafić idealnie w punkt zarówno czasowy jak i geograficzny? Na lokację wjechaliśmy ok. 01.00. Nawiązaliśmy kontakt radiowy i wizualny z naszymi jednostkami. Minute później ruszyliśmy aby przekroczyć punkt blokujący i wtedy rozpoczęło się piekło. 🙂 Wybuchł IED i jednostki wroga świecąc latarkami rozpoczęły ostrzał szybko zbliżając się do konwoju. Zdążyłem nadać komunikat o wsparcie gdy z flanki ruszyły nasze dwa plutony. Rozpoczeła się zażarta walka w ciemności rozświetlanej miganiem latarek i wybuchami granatów w trakcie której i my i nieprzyjaciel poniósł silne straty, jednak udało nam się obronić przesyłkę. Kiedy 20 minut później konwój ruszał w ciemności błyskało kilkadziesiąt czerwonych lampek… To jednak nie był koniec. Konwój miał do pokonania jeszcze około 15 kilku kilometrów i w każdej chwili mógł znów zostać zaatakowany. Tymczasem bezpośrednia ochrona konwoju poniosła silne straty (łącznie z dowódcą plutonu) i na podłogach transporterów leżały głownie trupy a nie zdatni do walki obrońcy. Na szczęście kolejne newralgiczne punkty były zajęte przez nasze jednostki, zgodnie z planem. W tym momencie podjąłem trudna decyzję wyrzucenia z wozów trupów i uzupełnienia pojazdów o zdatnych do walki żołnierzy z mijanych jednostek, któryż mogą walczyć przy potencjalnym ataku. Koledzy zmarłych patrzyli się na mnie z wyrzutem: Ranger Creed mówi bowiem jasno: nobody get’s left behind. Ale przesyłka miała priorytet…Dalej dojechaliśmy jednak bez przeszkód. Po 5 godzinach jazdy w ciemności, walki i koordynowania ruchów jednostek w polu byłem wykończony fizycznie i psychicznie.

Ale nie było czasu iść spać, gdyż następny transport wyznaczono na 0700. Mielimy wiec raptem 2,5 godziny na zaplanowanie i przygotowanie kolejnej akcji jak również zebranie MEDEVAC’iem żywych, rannych i martwych z pola na czas przed kolejna akcją. Podczas gdy piloci śmigieł dwoili się i troili, major Spencer pracował na honorowy tytuł „The Un-fuck Fairy”. Zdatnych do walki pozostało raptem ok. 40tu ludzi. Plan zakładał maksymalizację siły uderzeniowej poprzez eskortowanie konwoju śmigłami wypełnionymi QRF, których zdaniem było zwiad i ewentualne szybki desant w najbliższym LZ i przemarsz piechota na wsparcie do zaatakowanego konwoju. Wykorzystaliśmy tu pomysł na który przed grą zgodził się organizator mianowicie FARP (Forward Air Refuelling Point). FARP był punktem, który obsługiwany przez 4 ludzi z kanistrami pozwalał na uzupełnienie stanu paliwa śmigłowców w terenie a nie w HQ. Każda strona mogła założyć 3 razy FARP, który umożliwiał dwukrotne tankowanie. Pomysł ten dawał bardzo ciekawe możliwości taktyczne mające na celu krótkotrwałe zwiększenie zasięgu śmigieł, iż tego skorzystał teraz major Spencer.

Konwój ruszył o 0600. W tym samym czasie założyliśmy FARP w punkcie blisko odbioru przesyłki. Po odbiorze uranu konwój pojechał na FARP i dalej w asyście krążących śmigieł przesuwał się do bazy. I tym razem nie natknęliśmy się na wroga, jedynie na opuszczone umocnione pozycje. Najwyraźniej i oni ponosili straty oraz wycofywali się z wyczerpania. Nie dziwne, w trackie konwoju kierowca naszej ciężarówki zasnął ze kierownicą i Honkerem skosiliśmy dwie pokaźne sosny – na szczęście ani nam ani Honkerowi nic (!) się nie stało. O godzinie 0900 ostatni konwój osiągnął bazę Kyprozji i dowódca mógł zwołać apel kończący.

W trakcie apelu przyszła wiadomość od orgów, że możemy otworzyć skrzynki. Trzeba bowiem wiedzieć, że nie wiedzieliśmy w tracie ile uranu było w każdej ze skrzyń, które były zaplombowane. Skrzynia mogła zatem mieć 5 porcji uranu, 1 lub nawet w ogóle być pusta! Fakt, że my przejęliśmy 4 skrzynie w nieprzyjaciel tylko 1 o niczym nie świadczył: warunkiem zwycięstwa było zdobycie 11 z 15 pojemników z uranem. Nastąpiło komisyjne otwarcie skrzyń i nerwowe liczenie. Pierwsza skrzynia: 4 pojemniki!. Hurra! Druga: jeden… nastroje siadły… Trzecia skrzynia: 3! Otwieramy czwartą i daje wam słowo honoru, ze słyszałem obok siebie szepty modlących się: trzy… trzy… Otwieramy: jeden pojemnik! Nie zaraz, obluzowały się z mocowań: dwa! To i tak za mało… Nie: trzy! Jednak trzy! Wygraliśmy! Major zapala cygaro zwycięstwa.

Tegoroczną grę Milsim 48h uważam za bardzo udana imprezę. Zaangażowane siły i środki przez orgów były jak zawsze duże: namioty, pojazdy, radiostacje. Teren jest jeden z najlepszych a na pewno najbardziej rozległych w Polsce. Założenia gry były bardzo ciekawe i niespotykane. Rekordowa była liczna graczy: to naprawdę fantastyczne móc wziąć udział w wspólnej imprezie z 250-cioma graczami z całej Polski dzielącymi wspólna pasję symulacji militarnych. Zwycięstwo też cieszy, tym bardziej, że odniesione w stosunku do znakomitych przeciwników. Przeciwna stronę organizował Dżus i grupa SFORA, organizator znakomitych milsimów paintballowych, przez wielu uważanych za najlepsze milsimy w Polsce. Wywiad donosił o uczestnictwie po stronie Radestanu wielu znakomitych grup z Pomorza i Śląska, których dokonania darzymy ogromnym szacunkiem. Mam nadzieję, że spotkamy się ponownie za rok, choć Lesław jak zwykle mówi, że tym razem to na pewno było po raz ostatni… Oby nie!

Debrefieng w wykonaniu Majora Spencera: