Posts Tagged ‘milsim’

BORDERWAR 6 OP SUNSEEKER

Posted: 21/05/2014 by Tato in Kontrakty
Tags: ,

BORDERWAR 6 OP SUNSEEKER – RECENZJA

Za górami, za lasami, za rzekami i dolinami, żył sobie czarodziej, który robił olbrzymie imprezy. Airsoftowe.

To nie bajka drodzy Państwo, bowiem jedna z największych imprez airsoftowych na świecie (a na pewno w Europie) dzieje się o trzy rzuty lekko obciążonym hełmem od Polski, za naszą południową granicą w Czechach. Jest to z gruntu optymistyczna informacja bowiem skoro Czech potrafi to być może i Polak będzie potrafił i kiedyś doczekamy się podobnej imprezy i w naszym kraju. W tym roku w grze brało udział ponad 2,500 graczy, kilkadziesiąt pojazdów oraz dwa helikoptery in-game, a wszystko ze wsparciem medycznym, organizacyjnym i cateringowym na wysokim poziomie, na legalnym, pięknym terenie byłego poligonu czołgowego w Vchrbeli, niedaleko Mlada Boleslav.

Nie był to nasz pierwszy udział w imprezie Borderwar, na którą jeździmy (z przerwami) od kilku lat. Rozrost imprezy jest uderzający: samochody uczestników w zasadzie nie mieściły się na niemałym wszkaże terenie przeznaczonym na parking i zajmowały kilka kilometrów dróg dookoła. Powody do takiego rozwoju są oczywiste. Po pierwsze, świetne tereny do gry. Obecny jest naprawdę olbrzymi, zajmuje wiele kilometrów kwadratowych a jednocześnie jest bardzo urozmaicony terenowo, pagórkowaty, pozsiadajmy zarówno gęste tereny Leżne jak i otwarte łąki. W zasadzie brakuje mu jedynie terenów zabudowanych do MOUT (nieodżałowane Nove Mesto z pierwszej edycji!) Po drugie, bardzo rozsądne ceny: bilet to jedynie 40 Euro na 48-mio godzinną imprezę (dla porównania 110 Euro za 3 dniowy Berget czy 65 Euro za 24 godzinny (!) Combat Alert) a na miejscu dostępny jest niezły catering w równie atrakcyjnych cenach (jeden obiad jest w cenie biletu) i to rozmiesczony w każdej z baz (micha gulaszu z chlebem 10 zł, kiełbaska 8zł, przebój śniadań czyli jajak sadzone z boczusiem 12 zł). Jak widać organizatorzy nie cwaniaczą starając się zmaksymalizować zyski z pojedynczego klienta, ale inwestują w rozwój zwiększając masę zysku z całości świadczonej usługi (wyszło naukowo, ale toz powodu, że mam wykształcenie ekonomiczne ). Po trzecie, organizatorzy nie popełniają tych samych bledów dwa razy, wyciągają wnioski i widać gołym okiem jak organizacja dopasowuje się elastycznie do powiększającej się ilości graczy.

To wszytko powoduje, że z roku na rok do Czech przyjeżdża coraz więcej graczy z całej Europy. Co więcej, gracze inwestują sporo własnych pieniędzy w grę, roi się więc w niej od pojazdów wszelkiej maści: dżipów, łazików, ciężarówek, quadów, pick upów… w sumie jeździło ich pewnie ponad setka. Do najdziwniejszych jakie zauważyłem był Nissan ze zdalnie kierowaną wieżyczką ze dwoma sprzężonymi M249.

Impreza ma też wady, które są powodem, ze Blackwater jeździło do Czech w kratkę, gdyż czasem nam się przelewała czara goryczy. Najgorszą doemną Borderwarów był system dowodzenia. Borderwar jest reklamowany jako milsim, ale nic wspólnego z tym co polscy gracze jako milsim rozumieją nie ma. Jest to rozbudowana jebanka ze scenariuszem, stronami Larpowymi (stojącymi na wysokim poziomie) i godzinnymi respami. Strony gry są dość liczne i na samych graczy spada obowiązek zarządzenia i dowodzenia kilkuset osobową ekipą. W poprzednich edycjach wiec albo dowodzenia nie było (bo ktoś nie dojechał) i w ramach pospolitego ruszenia trzeba je było szybko brać w swoje ręce, albo było prowadzone przez ludzi którzy się starali ale nie mieli zielonego pojęcia co robią, albo było prowadzone przez ludzi, nie tylko nie wiedzieli co robić ale na dodatek się nie starali. Bycie dowodzonym przez niekompetentnego dowódcę jest bardzo demoralizujące i stąd nasze absencje, jak czkawka po niesmacznym posiłku.

W tym roku jednak dużych imprez w Polsce posucha, Milism 48h nie odbędzie się po raz kolejny, jedynie Salamandra ożywia nieco milsimowy horyzont, stąd decyzja kilku grup warszawskich które często grają razem aby pojechać na Borderwar wiekszą ekipą w sile plutonu. Major Rocco Spencer wyraził wolę pojechani z nami, wmanewrowalismy go więc w dowodzenie plutonem, to z kolei wytworzyło efekt śnieżnej kuli i do grupy wyjazdowej zaczęły dopisywać się teamy, które ukończyły Ranger School. Zupełnie niezależnie kilka teamów z całej Poski również wpisało się na listę do tego samego ugrupowania i tak, od słowa do słowa zrobiła się z nas prawie setka… Orgowie dorzucili nam Szwedów, Łotyszy i Norwegów, których znaliśmy z Bergetów i w efekcie powstała Polska Kompania Charlie w sile 4 (prawie) pełnych plutonów. Niestety po drodze wysypał się Major Spencer…

Tym razem wbiliśmy się do Guerillas czyli komunistycznej partyzantki, głownie z powodu złych doświadczeń związanych z dowództwem sprawującym pieczę nad Task Forcem czyli stroną przeciwną. To okazało się być bardzo dobrym ruchem, ponieważ sztab Goryli był dobrze ogarnięty, zorganizowany i pomimo drobnych obsuw przedstawiał sobą obraz o niebo lepszy niż ten który znaliśmy do tej pory. Druga obawa, którą żywiliśmy związana była z działaniem w tak dużym jak na warunki airsoftowe związkiem taktycznym i w głębi ducha byliśmy przygotowani do operowania plutonem ale i te obawy okazały się bezpodstawne. Świerzy, który samozwańczo przejął osieroconą schedę po Rocku zarządzał kompanią sprawnie, dowódcy plutonów i drużyn, w większości dobrze się znających z Ranger School i rozmaitych milsimów współpracowali jeszcze sprawniej i nagle, kiedy po pierwszych dotarciach wszystko zaczęło iść z górki okazało się, że Borderwar tu kupa frajdy. Co prawda pierwsza nasza misja, to wyprorokowana przez Mendiego służba wartownicza, ale nawet podczas niej mieliśmy kontakt ogniowy z wrogą grupą rozpoznania, więc nie było całkiem nudno. Potem nasze działania to kilka patroli bliższych i dalszych, podczas których okazało się że dobrze skoordynowana kompania wyszkolonych aesgejów jest w stanie zamieść wszystko co napotka na swej drodze i to przy minimalnych stratach własnych. Zmienne warunki atmosferyczne raczyły nas taki delicjami jak burze gradowe z piorunami i opadami deszczu jakich nie powstydziłoby się Kongo. Wróg rzucał się w nasze objęcia plutonami a nawet całymi zmotoryzowanymi kompaniami, które atakowały naszą bazę. Gra była bardzo intensywna przez oba dni i na brak wrażeń naprawdę nie mogliśmy narzekać, zarówno w dzień jak i w nocy. Najbardziej cieszyła bardzo wysoka skuteczność oddziałów. Łącznie z tym, że w nocy do bazy wroga (pilnie strzeżonej!) wnikł team 6th i obelżywie ponaklejał na tablicę z rozkazami TF nalepki strony Guerillas. Tym, którzy do bazy wroga nie poszli, też się nie nużyło, bo wróg był tak uprzejmy, że falami atakował nasz obóz, dzięki czemu mogliśmy się pobawić w 9-tą Rotę broniąc bazy w piżamach.

W niedzielę przyszło się większości zbierać niestety już z samego rana, więc kompania Charlie zubożona do tylko jednego połatanego plutonu poszła mordować wrażych niedobitków, podczas gdy reszta ekipy ocierając łzy wzruszenia i machając brudnymi chusteczkami odjeżdżała w kierunku domu.

Opinie nasze i odczucia są jednoznaczne: była to jedna z najlepszych imprez o takim charakterze na jakiej byliśmy. Z całą pewnością nie odpuścimy imprezy za rok. Jeżeli Borderwar będzie się tak rozwijał jak do tej pory to za rok może się w Czechach spotka ponad 3 tysiące osób a z Polaków zmontujemy już nie kompanię ale cały batalion.

Skład wyjazdowy: Tato (PL), Rodriguez (TL), Logan (medyk), JKL (RTO) LukaszC (strzelec), Kuba (strzelec)

Więcej zdjęć w galerii.

Borderwar 6

Dropzone – Operation Rhino

Posted: 14/01/2014 by JKL in Kontrakty
Tags: ,

W sobotę 11 stycznia team Blackwater wziął udział w milsimie organizowanym przez zaprzyjaźniony team 6th. Gracze do końca nie znali terenu operacji, wiadomo było jedynie, że będzie znajdowała się w promieniu kilkudziesięciu kilometrów od Warszawy. Po 2h od otrzymania koordynatów celu należało wejść w AO i wykonać zadanie, którym była infiltracja wrogiej, jak się miało okazać dość silnie bronionej bazy rakietowej. Za rozpoznanie bazy oraz sabotaż znajdujących się tam rakiet naliczane były punkty zwycięstwa. Poniżej After Action Report.

Operation Rhino – DropZone 11012013 – AAR Blackwater

Skład:
Rodriguez – CO
JKL – Navi/Comms
Logan – Medic
Tato – Rifleman

0901 – otrzymujemy info nt AO. Rozpoznajemy teren, przygotowujemy nawigację.
1105 – odnajdujemy EZ, kod 777
1131 – wchodzimy w AO. Podążamy sobie spacerkiem obserwując przyrodę. Kontakt z obiektem Dzik zakończony zerwaniem przez Dzika. Kilka chwil później kontakt z lokalnymi sarenkami. Sarenki zrywają, na wyraźny rozkaz dowódcy odpuszczamy pościg.
1220 – dostrzegamy na godzinie 9 polanę. Potencjalne miejsce do wyznaczenia HLZ i wykonania misji dodatkowej więc kierujemy się w tamtą stronę. Team zajmuje pozycje ubezpieczające podczas gdy Tato dokonuje rozpoznania 3 sąsiadujących ze sobą polanek na potrzeby ustawienia TDP. W trakcie wałęsania się po polanie Tato dokonuje makabrycznego odkrycia – nawiązuje kontakt z grupą 5ciu żywych trupów uderzająco podobnych do 2nd CEB chyba, idących drogą w kierunku SEE. Zombie grzecznie machają, mówią „cześć Tato” i oddalają się w swoich sprawach.
1237 – Kontynuujemy wyznaczanie HLZ – wyznaczamy oś podejścia, bierzemy pod uwagę wiatr (zerowy) i warunki (świetne). Następnie ustawiamy GTA, naprzeciw CCP, potem INR, apdejtujemy ACP oraz oczyszczamy TDP. Skołowaciały tą całą procedurą Signalman Tato tkwi na posterunku ponad 5 min z karabinem w górze lub machając łapami czyli używa wszelkich „identifiable means” aby heli go zobaczyły ale nie rozsmarowały z działek Vulcan. W górze nad lasem krąży helikopter (wyglądający jak Robinson) co każe przez chwilę mieć nadzieję, że organizatorzy postanowili zaskoczyć graczy i za składki wynająć heli zastępujące AH-6 Little Bird celem zwiększenia imersji w grze i wzorowej pozoracji warunków pola walki. Niestety, śmigłowiec nie ląduje więc zawiedzeni kontynuujemy patrol.
1249 – dochodzimy do bunkra, nawiązując kontakt z przedstawicielem obrońców (jak się później okaże Majstrem). Ponieważ naszym celem jest baza wroga przeto zrywamy kontakt i obchodzimy dużym kołem zarówno ten jak i inne budynki rozrzucone po lesie zakładając obsadzenie wszystkich przez obserwatorów wroga.
1321 – dochodzimy do bazy wroga od strony NE. Zauważamy kontakt na wale. JKL i Tato zalegają i obserwują kontakt, Rico i Logan dokonują obejścia. Obejście dostaje odkryte i ostrzelane (bezskutecznie). JKL i Tato dołaczają do szturmu. Tu, przykra sprawa, BW natyka się na ogrodzenie, w całkiem niezłym stanie, czyli mające niewiele dziur i możliwości przejścia. Szturm zatrzymuje się, zostajemy otoczeni przez patrol dwójkowy wroga od tyłu, wysłany w ten rejon przypadkiem kilka chwil przed naszym nadejściem. Cały zespół otrzymuje postrzały.

Rany (w kolejności losowania):
Rico: WZW
Logan: KIA
JKL: WZW
Tato: RL (prawa ręka), RC (Noga prawa), RL (Tułów), dobity przez bezlitosnego mordercę niewinnych – Daxa.
Straty zadane wrogowi – na pewno jedno trafienie, później opatrywany przez medyka, stan nieznany.

Wnioski dla teamu: przećwiczona nawigacja i szybkie przygotowanie do wejścia w AO – ocena pozytywna. W teren weszlibyśmy punkt 1100 gdyby nie fakt, że do EZ prowadził Logan, który powiedział, że „zna drogę bo on tam mieszka” więc 17 km z miejsca zbiórki jechaliśmy 50 minut.  Szturm – zakończony niepowodzeniem, spowodowany nieznanym terenem. Podeszliśmy do tematu optymistycznie i chcieliśmy wejść na szybko, z perspektywy czasu wydaje się że być może lepiej byśmy wyszli na obserwacji terenu i wybraniu innego kierunku podejścia oraz opóźnieniu akcji o ok. 2h – ocena negatywna. 

Ocena gry: bardzo dobry pomysł ze „zrzutem” w nieznanym terenie, stawiający inny zestaw wyzwań przed partycypującymi grupami. Plus – za bonus w postaci niespodziewanych naszywek dla tych co się doturlali do bazy.  Minus – za brak śmigłowca, jesteśmy rozżaleni.

Bośnia VI – sprawozdanie

Posted: 19/11/2013 by Tato in Kontrakty
Tags: ,

W dniach 16-17 listopada team Blackwater wziął udział w szóstej edycji popularnego milsima z cyklu Bośnia.
Cykl Bośnia był dynamicznym odbiciem kampanii na Bałkanach: w kolejnych latach kontyngenty NATO prowadziły misję interwencyjną uwikłane pomiędzy kilkoma siłami i interesami prowadzącymi działania wojenne w regionie, w tym roku siły ONZ miały za zadanie prowadzić misję stabilizacyjna i pokojową już po zakończeniu właściwego konfliktu. Jak to zwykle bywa organizatorzy się narobili po pachy za darmochę abyśmy my, czyli gracze mieli ubaw: zorganizowali wspaniały teren (na legalu!) w Puszczy Iłżeckiej, teren umaili 100 ukrytymi workami z fantami (worki maiły symbolizować rozrzucone po wojnie dobra, które ONZ miał zabezpieczyć ale które również mogły być rozgrabione przez ludności cywilną). Zakopali walizki, rozmieścili dziesiątki min i innych propsów. O znajdźki i wykonanie zadań walczyli oprócz sił ONZ miejscowi cywile oraz tajemnicza trzecia strona czyli zrzucone w terenie siły specjalne z którymi udało nam się stoczyć satysfakcjonujący choć krótki bój.

Na dodatek sprzyjała pogoda i choć wiało zimnym to przynajmniej nie padało. W nocy i w niedzielę było wręcz bezchmurnie i malowniczo. Teren Puszczy Iłżeckiej jest dość urozmaicony i pagórkowaty, różnice wysokości wynoszą kilkadziesiąt metrów. To miła odmiana w stosunku do plaskatych terenów na Mazowszu i oddaje klimat górzystych Bałkanów. Daję słowo, że schodząc o świcie w szyku kilkudziesięciu żołnierzy ze wzgórz do uśpionej wioski, patrząc na promienie wschodzącego słońca i słuchając ujadania psów rozchodzącego się w porannej mgle mógłbym przysiąc, że znajduje się na planie filmu wojennego o misji KFOR w Kosowie.

Niestety tego typu imersji zabrakło chyba części graczy po stronie ONZ. Osobom trenującym na co dzień agresywne taktycznie działania małych grup specjalnych ciężko przejść do bardziej „policyjnych” i pacyfistycznych zachowań charakterystycznych dla działań ONZ. Zachowania na innych milsimach akceptowalne czy wręcz pożądane jeżeli chodzi o poziom agresji i militarnej inicjatywy, w Bośni z punktu widzenia fabularnego były co najmniej dyskusyjne. Myślę, że milsim świetnie pokazał trudności przed którymi stają dowódcy i żołnierze misji pokojowych, którzy związani polityką i skomplikowanymi ROE nie mogą w pełni rozwinąć czysto militarnego potencjału swoich sił do którego normalnie są przyzwyczajeni. Jak pokazuje historia nowoczesnych konfliktów, niestety rozbieżność pomiędzy celami militarnymi i politycznymi bywa tak duża, że pomimo zwycięstw bitewnych misja okazuje się polityczna porażką.

Ani to jednak ani tzw. trudności obiektywne (praca w weekend, wymagania rodzinne, choroby, kontuzje, awarie pojazdów ) nie przeszkodziły ekipie Blackwater bawić się świetnie, choć trochę rwanie (jedni przyjechali późno, drudzy wyjechali wcześnie). Pozdrawiamy towarzyszy broni oraz przeciwników. Orgom życzymy aby tradycyjne poimprezowe „Nigdy Więcej!” przeszło im jak najszybciej i aby w przyszłym roku Bośnia znów zagościła w milsimowym kalendarzu. Na zakończenie dziękuję wylewnie ekpie Szpitala ONZ, która z poświęceniem zwlokła moje nieprzytomne ciało bez nogi z pola minowego i doniosła na własnych barkach do szpitala, dzięki czemu przeżyłem kolejną wojnę. Wpis szpitalny zachowałem na pamiątkę

Bośnia VI

Posted: 17/11/2013 by JKL in Kontrakty
Tags: ,

W weekend 16-17.11.2013 wzięliśmy udział w milsimie Bośnia VI zorganizowanym przez chłopaków z Royal Irish Rangers. Milsim odbył się w okolicach miejscowości Brody niedaleko Starachowic. Działaliśmy po stronie ONZ. Ze strony Blackwater na imprezie stawili się Rodriguez, Tato, Logan, JKL i gościnnie Fenris.

Poniżej kilka zdjęć autorstwa ASP.

Relacja z Kaskady

Posted: 18/06/2013 by JKL in Filmy
Tags: , ,

W miniony weekend byliśmy na milsimie Kaskada. Poniżej relacja.

POSLIE AKCJONNYJ PROTOKOŁ CZYLI FABULARYZOWANE SPRAWOZDANIE Z II EDYCJI NUCLEAR WINTER NIGHT 26012013

W sobotę 26 stycznia miała miejsce na poligonie w Rembertowie druga edycja gry Nuclear Winter Nights organizowanej przez Warszawską grupę FIA. Gra ma miejsce w warunkach nocnych. W tym roku tak jak iw poprzednim pogoda dopisała, śniegu było sporo, temperatura spadła do -16st C. Gracze musieli operować w terenie w godzinach od 2100 do 0400 co wymagało dobrego przygotowania do gry. Mimo tego trzaskający mróz przyczynił się do awarii wielu rzeczy: od lightsticków oznaczających granicę terenu, przez radia i telefony po repliki. Gra wymaga od graczy nie tylko przygotowania do operowania w warunkach surowej zimy ale także umiejętności nawigacji i sprawnego poruszania się w trudnym terenie, jako że polega na odlezieniu możliwe wielu artefaktów oznaczonych współrzędnymi.
Teren gry podzielony był na trzy strefy. Pierwsza to stalkerowa część Zony – której gracze Stalkerzy mogli się poruszać dość swobodnie. Druga to wojskowy kordon o szerokości około 100-150 metrów, który rozdziela teren gry na pół, umocniony i patrolowany przez graczy Żołnierzy. Trzecia – to zamknięta część Zony do której można się dostać tylko poprzez wojskowy kordon, ale która wynagradza wysiłek wieloma artefaktami i możliwością wygranej.
Poniższy zapis nie jest tradycyjnym After Action Reportem ale wersją fabularyzowaną, LARPową.

– Będzie powtórka – mówi Loganowicz. Wpadł do mnie na wódkę bo na dworze tak zimno, że aż pizga złem.
Jaka powtórka? Co, melduje mi, że w telewizji znowu będzie Stirlitz i „Siedemnaście Mgnień Wiosny”?
– Dzwonił Agapow – dodaje Loganowicz, i teraz rozumiem. Czyli będzie powtórka z wielkiego łapania artefaktów jak w zeszłym roku!
Agapow, handlarz z Zony wszedł rok temu w jakieś konszachty z grubymi rybami, pewnie z wojska albo z naukowcami. Najwyraźniej ma dostęp do danych satelitarnych i to na najwyższym szczeblu – ni chybi opłacił jakąś szychę w sztabie generalnym. I dobrze, zarabia na nas krocie, więc niech wyda raz na coś pożytecznego. A dane są przydatne, oj bardzo. Dzięki nim Agapow daje nam dokładne informacje o lokalizacji artefaktów oraz wie wcześniej o sprzężeniu. Raz na jakiś czas przez Zonę przechodzi jak to nazywamy, sprzężenie. Wtedy trzeba być daleko: jeśli będziesz w Zonie sprzężenie przerobi cię na galaretę. Za to potem! Artefakty świecą się w nocy na polu jak gwiazdki na niebie. Tylko anomalie się przesuwają, trzeba uważać, zona zmienia się nie do poznania.

– Kiedy? – pytam się
– W sobotę. – mówi Loganowicz – Rozdrigezowicz mówi, że ty dowodzisz.
Ja?! Żesz, bladź. Cicho klnę pod nosem. Akcja tuż, zaraz a tu plan trzeba zrobić, ekipą zarządzić… Cholera, nie lubię być dowódcą, odpowiedzialność duża. Ale za to dostanę największą działkę ze sprzedanych artefaktów uświadamiam sobie i od razu mi się weselej robi.
– Kto idzie? – pytam się Loganowicza.
– Ja. – odpowiada i rechocze wesoło.
No, że ty to ja wiem. Kasa ci potrzebna. Dzieciorób ponoć kolejnego chłopca zmajstrował, więc nie opuszcza żadnej wycieczki do zony. Kocha te swoje dzieciaki, ostatnio prezenty dla nich z Ameryki pod choinkę sprowadzał, wariat jeden.
– Sonsajew. Ponoć ma tez napisać o naszej wyciecze jakiś artykuł do „Arsenału”.
Co?! Co to cholera jest, wyprawa stalkerska czy wycieczka paparazzich do grobu Księżnej Diany? Korespondent wojenny się znalazł! Pewnie sobie dorabia na boku. No ale nic, może i taki artykuł się przyda, w końcu i pi-ar trzeba dbać , tak?
– Jotkaelowicz, też.
Ha, nasz hakier. Ostatnio zmodyfikował soft w naszych stalkerskich PDA, teraz otrzymujemy rozkazy i koordynaty celów automatycznie, migusiem. Wot technołogia. Obawiam się, że coś się zraz spali i będziemy mnóstwo kasy do tyłu.
– Rodrigezowicz z Kajakowską.
O rany. Kajakowska to żona Rozdrigezowicza i nowy członek klanu Czornaja Woda. Miastowa, hłe, hłe. Rodrigezowicz poznał ją w Moskwie jak był na zakupach, od razu się zakochali i pobrali. Zabrał ją tu do zony. Na pierwszą wyprawę w teren z nami poszła w blond lokach, z tipsami i w bucikach obszytych fiuterkiem z lisa. Chichralismy się, ale na boku bo nie ma co się śmiać Rodrigezowiczowi w twarz. Można oberwać i to mocno. Podśmiechujki się skończyły jak Łysa Julia (czyli Sonsajew) nieostrożnie wszedł w pobliże anomalii typu Zgniatacz. Tylko trochę wlazł, ale nogę mu złapało, nie mógł się ruszyć. Łatwy łup wyczuło i otoczyło go stadko Mięsaczy, a broń przy upadku się ubrudziła i zacięła na amen. Sonsajew jak nic zostałby pokarmem dla zmutowanych świń gdyby nie Kajakowska, która w swoich botkach z futerkiem dobiegła pierwsza na pomoc. Sześć dubletów i sześć sekund później sześć Mięsaczy pożegnało się z tym padołem łez. Sprawdziliśmy, wszystkie 12 strzałów było celnych. Od tej pory nikt się z Kajakowskiej nie podśmiechuje. Jak się jeden kot czyli młody stalker zagalopował i w barze coś przyszurał o futerkowe kalosze i broszę w kształcie motylka to mu Sonsajew obie ręce w łokciach połamał. Musiał się kot potem przez trzy miesiące nogą podcierać, hłe, hłe.
– Robalow też jedzie.
Jedzie? Myślałem, że Robalow w Odessie botoks sobie robi ale Loganowicz się śmieje i wyprowadza mnie z błędu, Robalow owszem jest w Odessie ale nie na botoksie tylko sprzęt nowy kupuje z przemytu, karabiny, noktowizory, najnowsze ciuchy kosmiczne i w ogóle. Oby to wszystko zadziałało myślę sobie ale nic nie mówię.
– Robal mówił, że dołączą jego znajomki Vitkowski i Horsajew.
A znamy, znamy. Razem na szkolenia jeździliśmy do starego Stalkera, niejakiego Majora. Uczył nas, pokazywał wszystko co i jak w Zonie. Chłopaki wiedzą więc jak się poruszać. Co prawda nie rozumiem jak można swój klan nazwać CLST 500+ (już lepiej chyba byłoby GPRS pierdyliard plus) ale co tam, nie moja kaczka, nie moje buraczki jak pisał poeta.
– Jeszcze Krysa.
A no, Krysa czyli po naszemu Szczur. Ksywkę ma od tego, że zje wszystko, ponoć kiedyś zagubiony w zonie zjadł rozkładającego się od kilku dni nibypsa. Ja to rozumiem, przeżyć nada, więc jak trzeba można i jeść padlinę. Tylko że Krysa twierdzi, że jemu smakowało i że nibypies był pyszny… Tfu! Ale Krysa jest dobrym zwiadowcą więc pójdzie na czujce.
– Suszynskaja idzie? – patrzy się na mnie z kamienną twarzą Loganowicz. Wie skubany, że trochę zacząłem z nią kręcić. Wiadomo, tyle miesięcy z dala od domu, krew nie woda. Trochę mam wyrzuty sumienia jak się potem z żoną widuję, ale tylko trochę. Wielu Stalkerów ma „Zonowe” dziewczyny. Poza tym ta Suszynskaja trochę dzika. Na przykład wczoraj: wpadła do mojej kwartiry, wypiła wódkę, pokochała się, radia posłuchała i poszła. Ale czego chciała, nie powiedziała.
– Nie idzie, na mróz nie chodzi. – odpowiadam. Loganowicz kiwa głową. Parę miesięcy temu Suszynską w Zonie zaatakowały trzy chimery. Każdy stalker wie: chimera to najgorsze ścierwo, tfu! Miała pecha, chimery zazwyczaj chodzą samotnie. Dwie zastrzeliła zanim dobiegły, trzecia ją dosięgła swoimi pazurami. Suszyskaja w walce wręcz rozpłatała chimerę nożem jak wędkarz okonia, ale sama ledwo przeżyła. Wysłaliśmy ja do szpitala, potem do chirurga plastycznego w Kijowie. Moim zdaniem konowały odwaliły super robotę i szram po pazurach chimery na twarzy Suszynskiej w ogóle nie widać. Ale zabronili wychodzić na mróz i na słońce, żeby blizn nie było, więc kobieta siedzi teraz w domu i pije samogon.

No to gra i buczy, trzeba wymyślać plan.

Nie będzie łatwo. Jakoś następnego dnia po rozmowie z Loganowiczem wpada do mnie Agapow. Samogon przyniósł.
Wypiliśmy, oczy mu się zaszkliły.
– W tym roku będzie trudniej niż w zeszłym, – mówi Agapow – więcej wojska.
Jak to? A nie można działki im odpalić, żeby przez palce patrzyli? W końcu różne ważniaki ze sztabu w kieszeni u Agapowa siedzą.
– To nie takie proste. – domyśla się Agapow o co mi chodzi. – To że jeden jenerał z drugim w Mińsku czy Kijowie patrzy na nas przez przymknięte oko, nie załatwia sprawy. Pułkownik Ertowicz, bladź, ambicjonalnie podchodzi.
No tak, Ertowicz, cholerny zupak i służbista, tutejszy komendant, zdenerwował się na Agapowa, że działkuje się ponad jego głową, bezpośrednio z Mińskiem i Kijowem. Olewa nieoficjalne dyrektywy ze sztabu i stalkerów traktuje twardo. Rok temu nie dostał żadnej działki z artefaktowego wysypu i teraz chce się na Agapowie zemścić. Zabijając Stalekrów, którzy mają zebrać towar. Jebata żyzń.
Wypijamy jeszcze samogonu, Agapow wzdycha (że niby mu tak ciężko, psiamać) i wychodzi. Odwraca się w drzwiach.
– A za twoją głowę, Tatowicz, jest specjalna nagroda. Sam pułkownik Ertowicz ufundował.
Uśmiecha się złośliwie i wychodzi, zostawiając mnie z ta fantastyczną wiadomością. Psiakrew! Pieprzony sknera. Jestem przekonany, że mógłby ugadać się z Ertowiczem, w końcu ma kilka domów i wille we Francji, ale mu żal rubelków. Też się na ambit wziął, że mu jakaś pułkowniczyna nie będzie warunków stawiać. A zapłacą za to wszystko Stalkerzy. Życiem. Cholera, cholera, cholera!

Parę godzin później dzwoni telefon.
– Da? – burczę wkurzony od słuchawki.
– Priwiet, gawarit Enderski – głos w słuchawce wprawia mnie w osłupienie. – Słyszałem że za dwa dni planujecie wycieczkę. Chcę iść z wami, do Zony.
Enderski? Przecież on jest porucznikiem zwiadu w wojsku! Co to za nędzna podpucha?
– Eee, nic nie wiem o żadnej wycieczce – mówię i myślę gorączkowo. Skąd się dowiedział?
– Spakojna – śmieje się – ja już nie jestem w wojsku, a za towarzystwo zapłacę informacjami.
Dobra, dobra. Znam ja was gagatki. Pójdziesz z nami jako nasz kumpel, potem swojemu pułkownikowi nadasz naszą pozycję i jeszcze w plecy nam strzelisz! Niedoczekanie. Mówię mu, że się odezwę. Tymczasem dzwonię do znajomków. Nie tylko Agapow ma kontakty wysoko w sztabie. Stary Tatowicz też ma swoje sposoby, hłe hłe.

Parę godzin później wszystko wiadomo. Rzeczywiście Enderskiego zdegradowano do szeregowca i wywalono z wojska. Miał fart, że nie dostał dziesięciu lat albo kulki. Oficjalnie poszło o niesubordynację i tchórzostwo na polu walki. Nieoficjalnie wiadomo, że chodziło o córkę pewnego kapitana, która wpadła Enderskiemu w oko. Nie wpadła jednak na tyle aby się z nią żenić, więc kiedy Nataszce, bo tak było dziewczynie, urósł brzuch, porucznik się zmył. Ojciec, pan kapitan, dostał apopleksji i zawziął się na Enderskiego. Wystawił go, kazał mu iść ze swoim plutonem na zwiad prosto przez pole anomalii. Enderski odmówił wiedząc, że jest to pewna śmierć dla niego i jego chłopaków. Kapitan tylko na to czekał, po powrocie do koszar złożył raport, Enderskiego aresztowali i postawili pod sąd wojskowy. Ponoć tylko realne zagrożenie buntem w jednostce (bo pan porucznik oprócz tego, że Romeo był ponoć dobrym i lubianym oficerem, co w sumie w armii rzadkość) ochroniło go przed dziesięcioma latami w obozie na Kołymie. Ale z woja go wyrzucili z hukiem bez prawa do emerytury. No to teraz musi dorabiać z najemnikami.

Spotykamy się na odprawę. Znamy rejon, zrobiliśmy rekonesans. Mamy informacje od Enderskiego o organizacji i sposobie działania wojska w Zonie sprzed roku. Wszystko gotowe.
Plan jest prosty: żeby zdobyć najwięcej artefaktów musimy się przebić do zamkniętej strefy, za kordon wojska. Wojska w tym roku dużo, więcej niż stalkerów, więc atak frontalny nie wchodzi w grę. O ile nawet przebijemy się przez umocnione pozycje obronne, to QRF, który dobiegnie nas zasiecze.
Dlatego będzie pozoracja. Ustalamy, że dwuosobowy oddział, Rozdrigezowicz i Kajakowska, zaatakuje na środku ścigając na siebie uwagę i QRF w tym czasie główna grupa uderzy na południu i przebije się za kordon. Niestety, zakładamy straty, nawet do 30%-40%. Wszyscy patrzą się nerwowo po sobie. Nikt nie chce zginąć ale drugiej strony taka okazja na zarobek zdarza się tylko raz do roku. Jesteśmy gotowi.

Jak rok temu jesteśmy prawie punktualnie. Tylko ja się spóźniam, bo biegałem przed wyjściem po pokoju i szukałem okularów ochronnych, które naszykowałem sobie gdzieś „na wierzchu” ale nie pamiętałem gdzie. Po 25 minutach biegania w kożuchu i walonkach okulary odnalazły się „na wierzchu” w czarnym futerale na czarnej kanapie, żesz bladź… No nic, najważniejsze, że jestem przed odprawą, spocony ale cały… Mróz siarczysty aż trzaska – minus 12 stopni. A będzie gorzej, to dopiero wieczór jest.

O 20.30 odprawa, punktualna jak zawsze.
– Baaa…ość!!! – Agapow zaczyna swoje. Kto raz był żołnierzem, pozostanie żołnierzem. Stalkerzy jakoś tam się schodzą i stają w trójszeregu falistym. Agapow, przypomina co i jak, że sprzężenie, że artefakty, że wojsko, że granice zony bezpieczne, bo jak nie anomalia przerobi na galaretę… Wiemy, wiemy, pamiętamy, wszyscy już się nie mogą doczekać aby nachapać się artefaktów. Handlarz rozdaje batony przeciwpromienne i pobiera namiary. Niby, że jak się nam cos stanie to przyjdzie po nas pomoc, ha, ha! Już widzę, jak ktoś pójdzie w nocy do zony gdzie anomalie i mutanty po biednego rannego stalkera! Nikt w to nie wierzy ale udajemy, że jest OK i wpisujemy namiary na swoje PDA na listę.
– Ej, Tatowicz! – drze się Agapow – pamiętaj o specjalnej nagrodzie!
Rechocze się złośliwie. Pamiętam, pamiętam, myślę i humor mi znów siada na myśl o polującej na mnie armii siepaczy Ertowicza.
Wychodzę przed szereg i zapraszam do siebie szefów innych klanów stalkerskich. Przychodzą tylko trzej, reszta udaje że mnie nie słyszała. No to nie, łachy bez, mamy dla was informacje wywiadowcze ale jak nie chcecie…
Szybko przekazuje trzem klanom co się dowiedzieliśmy od Enderskiego: że wojsko ma swoje patrole w naszej części zony, choć nie powinni, i że będą na obserwować donosząc Ertowiczowi którędy będziemy się chcieli przebijać przez kordon. Co więcej mają za zadanie dołączać się do grup Stalkerów a potem strzelać nam w plecy… Niedoczekanie, trepy jedne. Ustalamy hasło rozpoznawcze dla stalkerów: niebieski. Jak ktoś powie cos innego – wiadomo, żołnierz i trzeba go, ehem, unieszkodliwić.

Okulary zachodzą mi parą. Nic nie dało, że w domu pucowałem je przez pół godziny specjalną ściereczką kupioną aż w Ameryce.
– Masz. – mówi Enderski, i podaje mi buteleczkę anti-foga. Spryskuje sobie okulary, które natychmiast pokrywają się skorupą lodu. No to pięknie, kur…, pięknie, jak mawiają Polacy.
Zanim zdążymy wyruszyć musiało się posrać jeszcze parę rzeczy. Pada słuchawka do radia, a Jotkaelowiczowi zamarza karabin. Walczymy ze sprzętem na parkingu aż zrezygnowany wrzuca karabin do bagażnika gazika.
– Trudno, – mówi – pójdę bez broni.
Niech tak będzie, Jotkaelowicz robi dziś za naszego radiowego i za nawigatora. Przynajmniej będzie się mógł skupić na innych funkcjach, a my będziemy osłaniać.
Weszliśmy z 15 metrów w teren, więc każe oddać po strzale kontrolnym. Jest coraz lepiej: zamarzły tez karabiny Krysy i Loganowicza… Nasza siła ogniowa jest pożałowania godna, obyśmy nie napotkali mutantów. Jedyne co mnie uspokaja, to fakt, że te bydlęta też rozpoznają sprzężenie i w jakiś sposób znikają na ten czas z zony. Zanim wrócą minie kilka godzin , do czwartej w nocy powinniśmy być od mutantów bezpieczni…

Rozdzielamy się na trzy grupy i czyścimy „naszą” cześć strefy. Martwię się, bo przez wpadkę z nieczynnymi karabinami, wszyscy zdążyli wejść w Zonę przed nami… Wpadamy na jedną, drugą grupę stalkerów – niebieski, niebieski, wsio w pariadkie. A tu tymczasem miłe zaskoczenie: Vitkowski znajduje artefakt nr 12. 15 minut później Loganowicz wpada na artefakt nr 16. Wkrótce do Agapowa idą SMSy o znalezisku. Mamy już dwa artefakty a akcja nie zaczęła się na dobre!

Punktualnie o 2200 wszystkie zespoły spotykają się w wyznaczonym ORP. Zajmujemy pozycje obronne i obserwujemy perymetr czekając na dane z satelit Agapowa. Mija 5 minut a tu nic. Zaczynamy się niepokoić. O 22007, jest w końcu! Ale dane SA nieczytelne, co jest cholera, jakieś szyfrowanie czy coś? Prosimy o powtórną wysyłkę. Tym razem dostajemy koordynaty czytelne. Parę minut później ruszamy południowym skrajem zony. Grupa „sabotażystów” rusza do środkowej części kordonu. Po drodze idziemy w ciemno po kolejne trzy artefakty, nasze stalkerskie PDA wypuszczają w eter wiadomości:

22:32 EGO JKL 17
22:42 LOL JKL 19
23:10 UTM JKL 20

Ostatni z artefaktów jest już pod liniami obronnymi wojska. Widzimy światełka i słyszymy głosy. Jest czyste niebo, pełnia i widoczność jest znakomita. Zdejmujemy noktowizory bo są całkowicie nieprzydatne. Zresztą okulary tak zaparowane, że mam do wyboru: oglądać szarą mgłę albo zieloną mglę. Wolę szarą – mniej się świeci. Daje znak Jotkaelowiczowi aby puścił informację do Rodrigezowicza o rozpoczęciu akcji.

– 4-ty Lipca! 4-ty Lipca! – mówi Jotkaeliowcz cicho do radia, i dostaje potwierdzenie: Tak toczno!
Ruszamy powoli do przodu podczas gdy kilkaset metrów od nas Rodrigezowicz z Kajakowską zaczynają swoja akcję. Wypatrują pierwszy kontakt, Rodrigezowicz celuje ze swojego SAW’a i ciszę nocy rozdziera… wizg zmielonej zębatki. No, żesz! Rzuca kilka granatów, po czym zaczyna oświetlać cel dla Kajakowskiej, która flankuje go i ostrzeliwuje: pruut! Pruut! Cel zrywa kontakt. Jest drugi! Oświetlamy i z flanki go! Pruut! I on zrywa w ciemność. Jest trzeci. Światło i flanka, pruut! Zrywa. W środkowym rejonie kordony zapanowuje cisza. Jak to, czyżby to wszyscy? A więc naprzód! W Rodrigezowicza i Kajakowską wstępuje nadzieja, że przebiją się we dwójkę na drugą stronę. Ale 50 metrów przed końcem linii wojska nagle w twarz świeci im 6-8 latarek. O cholera, QRF chyba dobiegł! Przepraszamy bardzo Panów, zapomnieliśmy wyłączyć w domu żelazka! Spadamy, w tył, w tył! Chwiejące się światła latarek nieustępliwie podążają za plecami, nawołują się. Hasło! Odzew! Rozdrigezowicz zeskakuje do rowu, byle dalej, a tu brakuje tchu! Pościg jest tuż, tuż, kiedy przerywają pogoń. Uuuff, udało się, złapmy oddech. Rodrigezowicz szybko łączy się na radiu i podaje nam usłyszane hasła wojskowe.

Tymczasem nasza grupa dochodzi tuz pod pozycje wojska. Krysa wpada na wrogi patrol. Kto tam? Stój!
– Warszawa cztery! – krzyczy przytomnie Krysa i żołnierze… dają mu spokój! Uuuf, mamy fart…
Trzeba skorzystać z zamieszanie zrobionego przez Rodrigezowicza, a tu: co to z boku? Od północnego wschodu nadchodzi inna grupa stalkerów i wchodzi w kontakt ogniowy z wojskiem. Zalegamy i obserwujemy akcje rozgrywająca się o kilka metrów od nas: słyszymy nawoływanie wojska WARSZAWA 4! KOMPUTER 5! Hasło! Stój bo strzelam! Lecą granaty. Stalkerzy zrywają na południe i przekraczają drogę która jest granicą zony. Jak to?! Przecież tam są anomalie, które miały przerabiać na galaretę! Być może po sprzężeniu nie zdążyły się jeszcze na nowo utworzyć… Ha! Nie będziemy ryzykować przejścia poza granicą zony bo może nie będziemy mieć tyle szczęścia a z rozpoznania przed nami wynika, że teren zbyt silnie obsadzony i nie przebijemy się. Zanim daje radę wydać rozkaz czujki wroga natykają się na Krysę po raz kolejny. 3 żołnierzy staje 5 metrów od niego i woła Warszawa 5! Odzew! Odzewu Krysa nie zna a karabin popsuty. Leży całkowicie bezbronny po czym zostaje rozstrzelany przez żołdaków. Bydlaki! Zabii Krysę! Pomścimy cię!

Ale pomścimy później bo teraz musimy do tyłu. Zrywamy się 50 metrów o odbijamy na północ, może tam będzie więcej szczęścia. Enderski przechodzi na szpicę w miejsce zabitego Krysy. No panie były porucznik! Pokaż na co cie stać i czy znasz sposób działania wojska! Enderski podczołguje się bliziutko pod umocnione pozycje. My za nim.
– Dwadzieścia metrów przed nami! – przekazuje mi szeptem metodą głuchego telefonu Loganowicz od Sonsajewa, który z kolei dostał meldunek od czujki.
– Komandir! Szto dziełat’? – pyta się Loganowicz i wiem, że nadchodzi moment prawdy: uda się czy się nie uda?
– Naprzód! – wydaję rozkaz, podrywam się i ruszam do szturmu. Obok mnie Sonsajew. Natychmiast ożywają karabiny ochrony ale strzelają bardzo niecelnie. Puk! Puk! Puk! Odpowiadam ogniem z mojej ospale działającej, zamarzniętej broni. Nic nie widzę i nie mam szans z tej pukawki trafić nikogo, w zasadzie strzelam bardziej dla efektu psychologicznego, niech tam się boja, niech zalegną, niechaj przywrą do ziemi. Ratatatata! Słyszę perfekcyjnie działający karabin Łysej Julii. Nie na darmo Sonsajew jest naszym rusznikarzem, chyba reszta też będzie musiał bardziej dbać o sprzęt bo jak tu w bój iść z zamarzniętym M4?

– Warszawa cztery! – krzyczy dla zmyłki Enderski ale to strzał w kolano. Jego głos rozpoznaje dowódca oddziału wojska. Ognia! To Enderski! Stalkerzy! Ale jest za późno. Kilka strzałów i najbliższy żołnierz pada martwy na ziemię. To za Krysę ty taki owaki! Enderski zatrzymuje się aby zabrać trupowi karabin: jego własny AK zamarzł na kamień.

Ratatata! Sonsajew chyba też trafia kogoś, bo słyszę okrzyk. Ale reszta żołnierzy mocno ostrzeliwuje do nas z boku. Cały czas przemy do przodu. Nagle orientujemy się, że jesteśmy tylko we dwóch. Gdzie reszta klanu? Pogubili się, zabili ich czy co? Odskakujemy do kanału chroniąc się przed ogniem.

Zapada względna cisza. Może o nas zapomną? Straciliśmy kontakt z reszta grupy i jest nas tylko dwóch ale może uda się nam teraz przeczołgać do granicy? Widzimy ją tuż tuż, jest od nas 50-60 metrów. Leżymy w śniegu i nasłuchujemy. Chyba się uda?
Nie! Grupa wojska zaczyna czesać teren latarkami i rzucać granaty. Najpierw trochę na ślepo ale wybuchy się zbliżają!
– Zrywamy – cicho mówi Sonsajew.
Odwracam się i zaczynam biec, kiedy słyszę terkot karabinu. Lód pode mną załamuje się i wpadam do śmierdzącej bagnem wody. Kładę się na lodzie i odwracam: seria trafiła Sonsajewa. Po chwili wybuchają obok niego trzy granaty – biedak nie miał szans tego przeżyć. Biegnę dalej. Kilkanaście metrów dalej lód znów pęka. Chlup! Skacze na stromy brzeg, próbując się wygrzebać z wody. Ściana brzegu jest śliska od śniegu i lodu i nie mam punktu zaczepienia: po każdym kroku do góry znów się zsuwam do wody. Widzę zbliżające się postacie żołnierzy, więc zamieram: nie chce aby mnie zauważyli i rozstrzelali, rozcapierzony na brzegu jestem jak żaba na asfalcie, bez szans. Czekam aż przejdą i czuje wlewające się do butów lodowate strugi wody… pięknie, cholera, jest minus 16. Bladź!

Wreszcie poszli. Mogę się znów spróbować wydostać. Gramolę się na brzeg czepiając krzaków. Wystawiam głowę tylko po to aby zobaczyć szturmującą przez las główna grupę. Nie wiem dlaczego tak długo zwlekali, ale przez przypadek wyszło dobrze. Wojacy sądząc, że atakowała tylko mała grupa stalkerów, która wyeliminowali skupili się na opatrywaniu rannych. Nasi do nich podbiegają.
Pada kilka strzałów.
– Warszawa pięć! – krzyczą żołnierze.
-Komputer pięć! – odwrzaskuje Robalow, który nasłuchał się odzewu kiedy czekaliśmy w krzakach.
– No to czemu strzelasz, cholera?? – denerwują się.
– Sorry. – odpowiada z głupia frant Robalow, pochodząc bliżej.
Reszta grupy zbliża się do żołnierzy.
– Teraz! Agoń! – wydaje rozkaz Jotkaelowicz i czterech żołnierzy ginie na miejscu. Grupa Czoranja Woda już bez przeszkód i dalszych strat przebija się na drugą stronę, za granicę kordonu. Udało się.
Szybko idą do oznaczonych na mapie artefaktów. Do Agapowa lecą nowe informacje:
00:10 SAW JKL 2
00:16 DOT JKL 1

Tymczasem wracam do ogniska, do Agapowa, na wschodnią cześć Zony. Do bezpiecznej strefy. Po drodze spotykam Rodrigezowicza i Kajakowską. Też się wycofują – ich zadanie spełnione. Spodnie mam tak zamarznięte, że nie mogę iść – Rodrigezowicz rozcina mi je nożem, żebym mógł je zdjąć. Równie dobrze mógłby rozcinać gips. Przy ognisku, grzejąc się, czekamy na wieści od głównej grupy.

Główna grupa po drodze zabiera jedna nagrodę specjalną. W terenie został wcześniej ukryty przez wojsko element elektroniczny, chyba jakaś nowa technologia czy coś, nie znam się. Pułkownik Ertowicz najwyraźniej miał to zhandlować obcym szpionom. Skąd ci szpiedzy nie wiem, z Chin, albo Ameryki, kto to wie… W każdym razie, żeby dokonać bezpiecznej wymiany, wojsko zbunkrowało towar w zonie a kupcom pułkownik podał namiary na paczkę do odbioru. Najbezczelniej, ogłoszeniem w gazecie, zaszyfrowane! Agapow jakoś się o tym dowiedział i dał stalkerom cynk. Wystarczyło rozkodować koordynaty co Jotkaelowicz z Loganowiczem zrobili w trymiga (słowem kluczem było słowo POWSZECHNY) i iść jak po swoje… Zwłaszcza, że Agapow obiecał zapłacić jak za dobry artefakt. Co z tym fantem zrobi nie wiem, grunt że nam kaska wpadnie.
00:23 ARS JKL ZAGADKA

Kilka minut później docierają do medyka na wschodnim krańcu zony. Zostawiają kilka osób w tym także przemokniętego Vitkowicza, który tez wpadł do wody podczas przebijania się przez wojskową strefę i twardo poszedł dalej, a Jotakelowicz, Loganowicz, Horsajew i Enderski ruszają na rekonesans. Najpierw odnajdują bunkier. Stają niepewni, w tym bunkrze w zeszłym roku grasowały zmutowane małpy, zwane przez stalkerów Wyciskaczami (dlaczego, nie wiadomo). Powoli wchodzą… jest! Jeden Wyciskacz siedzi a obok niego artefakt. Po zastrzeleniu mutanta zabierają trofeum i idą dalej.
01:02 HDD JKL 9

Ostatnie koordynaty wskazują na leżące na wschodzie bagna. Wchodzą w nie a Jotkaelowicz zapada się po łydki.
– Cholera! Może koordynaty pomylone?
Dwa razy sprawdzają, ale współrzędne jak byk pokazują: tu. Na bagnie. Rozglądają się dookoła. Nic, pusto. Może inni stalkerzy już wzięli? Ale śladów nie ma! Nagle Jotkaelowicz dostrzega na drzewie dziuplę. Jest! W środku artefakt, cholera! W eter leci ostatni komunikat:
01:14 MIL JKL 10

Przy ognisku Rodrigezowicz odbiera wiadomość na radio:
– Wsio w pariadkie. Zebraliśmy razem dziesięć sztuk.
Hurra! Cieszymy się. Zarobek będzie, rodziny się ucieszą. I pochówek porządny zrobimy Krysie i Sonsajewowi. Z wypiardem i orkiestrą. Trzy dni będzie się wódka lała strumieniami. A jak przetrzeźwiejemy, trzeba znów w Zonę, do mutantów i wojska, na zarobek… Takie życie stalkera. Może i niebezpieczne. Ale lepsze niżby siedzieć w jakimś biurze w Moskwie i głupie reklamy wymyślać czy komputery naprawiać, co nie?

Skład grupy Blackwater:
Tato – dowódca
Sonsi – zastępca dowódcy (WZW)
JKL – RTO/nawigator
Logan – rifleman/medyk
Szczur – Rifleman (WZW)
Robal – sawgunner
Rodriguez – sawgunner
Kaja – rifleman
Vitek (CLST) – rifleman
Horse (CLST) – rifleman
Ender (bez przydziału) – rifleman

W sobotnią cichą noc, mroźną noc odbyła się druga edycja gry Nuclear Winter Night. W tym roku było jeszcze trudniej (wskaźnik skoczył z „difficult” na „hardcore”, przy tym tempie wzrostu poziomu trudności następna edycja będzie na poziomie „are u kidding bro?”:-) ): niska temperatura (-17 st) i głęboki śnieg mocno stawiały wysoką poprzeczkę graczom. Wojsko było bardzo liczne i mocno przygotowane i zdeterminowane aby w tym roku nie dopuścić Stalkerów do zamkniętej strefy Zony, oczywiście dla ich dobra… Nawet artefakty też jakoś słabiej świeciły niż w zeszłym roku.
Pomimo przeciwności udało się nam zebrać 10 z całkowitej liczby 21 artefaktów rozrzuconych po terenie co wg info od organizatora była najlepszym wynikiem wśród startujących ekip. Dziękujemy za wspólną grę!

W tym roku kolejna edycja Nuclear Winter Night. Po zwycięstwie w zeszłorocznej edycji w nocy z 26 na 27 stycznia będziemy bronić tytułu. Relacja z zeszłorocznej edycji znajduje się na naszej stronie tutaj:

http://blackwater.mil.pl/poslie-akcjonnyj-protokol-czyli-sprawozdanie-z-nuclear-winter-night-28012012/

Zapraszamy do lektury i przypomnienia sobie zeszłorocznych zmagań!

Informacje dotyczące tegorocznej edycji znajdują się na stronie organizatora:

http://fia.com.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=310&Itemid=1

Milsim Partyzant

Posted: 12/09/2012 by JKL in Kontrakty
Tags: ,

W zeszłą sobotę 8 września skromna reprezentacja Blackwater wzięła udział w Milsimie Partyzant.

Walczyliśmy po stronie Gorgoni, cały nasz team został wyeliminowany. Mimo to nasza strona odniosła zwycięstwo.

W polu walczyli Rodriguez, Sushi i Kaja. Kilka zdjęć autorstwa Jacka Gajca znajduje się w galerii (kliknij zdjęcie).

W lipcowym numerze Arsenału znalazł się artykuł poświęcony imprezie 48h autorstwa Sonsiego, Taty i Foki.

Artykuł znajduje się w załączeniu.

Zapraszamy do lektury!

48h artukuł arsenał