Posts Tagged ‘stalker’

POSLIE AKCJONNYJ PROTOKOŁ CZYLI FABULARYZOWANE SPRAWOZDANIE Z II EDYCJI NUCLEAR WINTER NIGHT 26012013

W sobotę 26 stycznia miała miejsce na poligonie w Rembertowie druga edycja gry Nuclear Winter Nights organizowanej przez Warszawską grupę FIA. Gra ma miejsce w warunkach nocnych. W tym roku tak jak iw poprzednim pogoda dopisała, śniegu było sporo, temperatura spadła do -16st C. Gracze musieli operować w terenie w godzinach od 2100 do 0400 co wymagało dobrego przygotowania do gry. Mimo tego trzaskający mróz przyczynił się do awarii wielu rzeczy: od lightsticków oznaczających granicę terenu, przez radia i telefony po repliki. Gra wymaga od graczy nie tylko przygotowania do operowania w warunkach surowej zimy ale także umiejętności nawigacji i sprawnego poruszania się w trudnym terenie, jako że polega na odlezieniu możliwe wielu artefaktów oznaczonych współrzędnymi.
Teren gry podzielony był na trzy strefy. Pierwsza to stalkerowa część Zony – której gracze Stalkerzy mogli się poruszać dość swobodnie. Druga to wojskowy kordon o szerokości około 100-150 metrów, który rozdziela teren gry na pół, umocniony i patrolowany przez graczy Żołnierzy. Trzecia – to zamknięta część Zony do której można się dostać tylko poprzez wojskowy kordon, ale która wynagradza wysiłek wieloma artefaktami i możliwością wygranej.
Poniższy zapis nie jest tradycyjnym After Action Reportem ale wersją fabularyzowaną, LARPową.

– Będzie powtórka – mówi Loganowicz. Wpadł do mnie na wódkę bo na dworze tak zimno, że aż pizga złem.
Jaka powtórka? Co, melduje mi, że w telewizji znowu będzie Stirlitz i „Siedemnaście Mgnień Wiosny”?
– Dzwonił Agapow – dodaje Loganowicz, i teraz rozumiem. Czyli będzie powtórka z wielkiego łapania artefaktów jak w zeszłym roku!
Agapow, handlarz z Zony wszedł rok temu w jakieś konszachty z grubymi rybami, pewnie z wojska albo z naukowcami. Najwyraźniej ma dostęp do danych satelitarnych i to na najwyższym szczeblu – ni chybi opłacił jakąś szychę w sztabie generalnym. I dobrze, zarabia na nas krocie, więc niech wyda raz na coś pożytecznego. A dane są przydatne, oj bardzo. Dzięki nim Agapow daje nam dokładne informacje o lokalizacji artefaktów oraz wie wcześniej o sprzężeniu. Raz na jakiś czas przez Zonę przechodzi jak to nazywamy, sprzężenie. Wtedy trzeba być daleko: jeśli będziesz w Zonie sprzężenie przerobi cię na galaretę. Za to potem! Artefakty świecą się w nocy na polu jak gwiazdki na niebie. Tylko anomalie się przesuwają, trzeba uważać, zona zmienia się nie do poznania.

– Kiedy? – pytam się
– W sobotę. – mówi Loganowicz – Rozdrigezowicz mówi, że ty dowodzisz.
Ja?! Żesz, bladź. Cicho klnę pod nosem. Akcja tuż, zaraz a tu plan trzeba zrobić, ekipą zarządzić… Cholera, nie lubię być dowódcą, odpowiedzialność duża. Ale za to dostanę największą działkę ze sprzedanych artefaktów uświadamiam sobie i od razu mi się weselej robi.
– Kto idzie? – pytam się Loganowicza.
– Ja. – odpowiada i rechocze wesoło.
No, że ty to ja wiem. Kasa ci potrzebna. Dzieciorób ponoć kolejnego chłopca zmajstrował, więc nie opuszcza żadnej wycieczki do zony. Kocha te swoje dzieciaki, ostatnio prezenty dla nich z Ameryki pod choinkę sprowadzał, wariat jeden.
– Sonsajew. Ponoć ma tez napisać o naszej wyciecze jakiś artykuł do „Arsenału”.
Co?! Co to cholera jest, wyprawa stalkerska czy wycieczka paparazzich do grobu Księżnej Diany? Korespondent wojenny się znalazł! Pewnie sobie dorabia na boku. No ale nic, może i taki artykuł się przyda, w końcu i pi-ar trzeba dbać , tak?
– Jotkaelowicz, też.
Ha, nasz hakier. Ostatnio zmodyfikował soft w naszych stalkerskich PDA, teraz otrzymujemy rozkazy i koordynaty celów automatycznie, migusiem. Wot technołogia. Obawiam się, że coś się zraz spali i będziemy mnóstwo kasy do tyłu.
– Rodrigezowicz z Kajakowską.
O rany. Kajakowska to żona Rozdrigezowicza i nowy członek klanu Czornaja Woda. Miastowa, hłe, hłe. Rodrigezowicz poznał ją w Moskwie jak był na zakupach, od razu się zakochali i pobrali. Zabrał ją tu do zony. Na pierwszą wyprawę w teren z nami poszła w blond lokach, z tipsami i w bucikach obszytych fiuterkiem z lisa. Chichralismy się, ale na boku bo nie ma co się śmiać Rodrigezowiczowi w twarz. Można oberwać i to mocno. Podśmiechujki się skończyły jak Łysa Julia (czyli Sonsajew) nieostrożnie wszedł w pobliże anomalii typu Zgniatacz. Tylko trochę wlazł, ale nogę mu złapało, nie mógł się ruszyć. Łatwy łup wyczuło i otoczyło go stadko Mięsaczy, a broń przy upadku się ubrudziła i zacięła na amen. Sonsajew jak nic zostałby pokarmem dla zmutowanych świń gdyby nie Kajakowska, która w swoich botkach z futerkiem dobiegła pierwsza na pomoc. Sześć dubletów i sześć sekund później sześć Mięsaczy pożegnało się z tym padołem łez. Sprawdziliśmy, wszystkie 12 strzałów było celnych. Od tej pory nikt się z Kajakowskiej nie podśmiechuje. Jak się jeden kot czyli młody stalker zagalopował i w barze coś przyszurał o futerkowe kalosze i broszę w kształcie motylka to mu Sonsajew obie ręce w łokciach połamał. Musiał się kot potem przez trzy miesiące nogą podcierać, hłe, hłe.
– Robalow też jedzie.
Jedzie? Myślałem, że Robalow w Odessie botoks sobie robi ale Loganowicz się śmieje i wyprowadza mnie z błędu, Robalow owszem jest w Odessie ale nie na botoksie tylko sprzęt nowy kupuje z przemytu, karabiny, noktowizory, najnowsze ciuchy kosmiczne i w ogóle. Oby to wszystko zadziałało myślę sobie ale nic nie mówię.
– Robal mówił, że dołączą jego znajomki Vitkowski i Horsajew.
A znamy, znamy. Razem na szkolenia jeździliśmy do starego Stalkera, niejakiego Majora. Uczył nas, pokazywał wszystko co i jak w Zonie. Chłopaki wiedzą więc jak się poruszać. Co prawda nie rozumiem jak można swój klan nazwać CLST 500+ (już lepiej chyba byłoby GPRS pierdyliard plus) ale co tam, nie moja kaczka, nie moje buraczki jak pisał poeta.
– Jeszcze Krysa.
A no, Krysa czyli po naszemu Szczur. Ksywkę ma od tego, że zje wszystko, ponoć kiedyś zagubiony w zonie zjadł rozkładającego się od kilku dni nibypsa. Ja to rozumiem, przeżyć nada, więc jak trzeba można i jeść padlinę. Tylko że Krysa twierdzi, że jemu smakowało i że nibypies był pyszny… Tfu! Ale Krysa jest dobrym zwiadowcą więc pójdzie na czujce.
– Suszynskaja idzie? – patrzy się na mnie z kamienną twarzą Loganowicz. Wie skubany, że trochę zacząłem z nią kręcić. Wiadomo, tyle miesięcy z dala od domu, krew nie woda. Trochę mam wyrzuty sumienia jak się potem z żoną widuję, ale tylko trochę. Wielu Stalkerów ma „Zonowe” dziewczyny. Poza tym ta Suszynskaja trochę dzika. Na przykład wczoraj: wpadła do mojej kwartiry, wypiła wódkę, pokochała się, radia posłuchała i poszła. Ale czego chciała, nie powiedziała.
– Nie idzie, na mróz nie chodzi. – odpowiadam. Loganowicz kiwa głową. Parę miesięcy temu Suszynską w Zonie zaatakowały trzy chimery. Każdy stalker wie: chimera to najgorsze ścierwo, tfu! Miała pecha, chimery zazwyczaj chodzą samotnie. Dwie zastrzeliła zanim dobiegły, trzecia ją dosięgła swoimi pazurami. Suszyskaja w walce wręcz rozpłatała chimerę nożem jak wędkarz okonia, ale sama ledwo przeżyła. Wysłaliśmy ja do szpitala, potem do chirurga plastycznego w Kijowie. Moim zdaniem konowały odwaliły super robotę i szram po pazurach chimery na twarzy Suszynskiej w ogóle nie widać. Ale zabronili wychodzić na mróz i na słońce, żeby blizn nie było, więc kobieta siedzi teraz w domu i pije samogon.

No to gra i buczy, trzeba wymyślać plan.

Nie będzie łatwo. Jakoś następnego dnia po rozmowie z Loganowiczem wpada do mnie Agapow. Samogon przyniósł.
Wypiliśmy, oczy mu się zaszkliły.
– W tym roku będzie trudniej niż w zeszłym, – mówi Agapow – więcej wojska.
Jak to? A nie można działki im odpalić, żeby przez palce patrzyli? W końcu różne ważniaki ze sztabu w kieszeni u Agapowa siedzą.
– To nie takie proste. – domyśla się Agapow o co mi chodzi. – To że jeden jenerał z drugim w Mińsku czy Kijowie patrzy na nas przez przymknięte oko, nie załatwia sprawy. Pułkownik Ertowicz, bladź, ambicjonalnie podchodzi.
No tak, Ertowicz, cholerny zupak i służbista, tutejszy komendant, zdenerwował się na Agapowa, że działkuje się ponad jego głową, bezpośrednio z Mińskiem i Kijowem. Olewa nieoficjalne dyrektywy ze sztabu i stalkerów traktuje twardo. Rok temu nie dostał żadnej działki z artefaktowego wysypu i teraz chce się na Agapowie zemścić. Zabijając Stalekrów, którzy mają zebrać towar. Jebata żyzń.
Wypijamy jeszcze samogonu, Agapow wzdycha (że niby mu tak ciężko, psiamać) i wychodzi. Odwraca się w drzwiach.
– A za twoją głowę, Tatowicz, jest specjalna nagroda. Sam pułkownik Ertowicz ufundował.
Uśmiecha się złośliwie i wychodzi, zostawiając mnie z ta fantastyczną wiadomością. Psiakrew! Pieprzony sknera. Jestem przekonany, że mógłby ugadać się z Ertowiczem, w końcu ma kilka domów i wille we Francji, ale mu żal rubelków. Też się na ambit wziął, że mu jakaś pułkowniczyna nie będzie warunków stawiać. A zapłacą za to wszystko Stalkerzy. Życiem. Cholera, cholera, cholera!

Parę godzin później dzwoni telefon.
– Da? – burczę wkurzony od słuchawki.
– Priwiet, gawarit Enderski – głos w słuchawce wprawia mnie w osłupienie. – Słyszałem że za dwa dni planujecie wycieczkę. Chcę iść z wami, do Zony.
Enderski? Przecież on jest porucznikiem zwiadu w wojsku! Co to za nędzna podpucha?
– Eee, nic nie wiem o żadnej wycieczce – mówię i myślę gorączkowo. Skąd się dowiedział?
– Spakojna – śmieje się – ja już nie jestem w wojsku, a za towarzystwo zapłacę informacjami.
Dobra, dobra. Znam ja was gagatki. Pójdziesz z nami jako nasz kumpel, potem swojemu pułkownikowi nadasz naszą pozycję i jeszcze w plecy nam strzelisz! Niedoczekanie. Mówię mu, że się odezwę. Tymczasem dzwonię do znajomków. Nie tylko Agapow ma kontakty wysoko w sztabie. Stary Tatowicz też ma swoje sposoby, hłe hłe.

Parę godzin później wszystko wiadomo. Rzeczywiście Enderskiego zdegradowano do szeregowca i wywalono z wojska. Miał fart, że nie dostał dziesięciu lat albo kulki. Oficjalnie poszło o niesubordynację i tchórzostwo na polu walki. Nieoficjalnie wiadomo, że chodziło o córkę pewnego kapitana, która wpadła Enderskiemu w oko. Nie wpadła jednak na tyle aby się z nią żenić, więc kiedy Nataszce, bo tak było dziewczynie, urósł brzuch, porucznik się zmył. Ojciec, pan kapitan, dostał apopleksji i zawziął się na Enderskiego. Wystawił go, kazał mu iść ze swoim plutonem na zwiad prosto przez pole anomalii. Enderski odmówił wiedząc, że jest to pewna śmierć dla niego i jego chłopaków. Kapitan tylko na to czekał, po powrocie do koszar złożył raport, Enderskiego aresztowali i postawili pod sąd wojskowy. Ponoć tylko realne zagrożenie buntem w jednostce (bo pan porucznik oprócz tego, że Romeo był ponoć dobrym i lubianym oficerem, co w sumie w armii rzadkość) ochroniło go przed dziesięcioma latami w obozie na Kołymie. Ale z woja go wyrzucili z hukiem bez prawa do emerytury. No to teraz musi dorabiać z najemnikami.

Spotykamy się na odprawę. Znamy rejon, zrobiliśmy rekonesans. Mamy informacje od Enderskiego o organizacji i sposobie działania wojska w Zonie sprzed roku. Wszystko gotowe.
Plan jest prosty: żeby zdobyć najwięcej artefaktów musimy się przebić do zamkniętej strefy, za kordon wojska. Wojska w tym roku dużo, więcej niż stalkerów, więc atak frontalny nie wchodzi w grę. O ile nawet przebijemy się przez umocnione pozycje obronne, to QRF, który dobiegnie nas zasiecze.
Dlatego będzie pozoracja. Ustalamy, że dwuosobowy oddział, Rozdrigezowicz i Kajakowska, zaatakuje na środku ścigając na siebie uwagę i QRF w tym czasie główna grupa uderzy na południu i przebije się za kordon. Niestety, zakładamy straty, nawet do 30%-40%. Wszyscy patrzą się nerwowo po sobie. Nikt nie chce zginąć ale drugiej strony taka okazja na zarobek zdarza się tylko raz do roku. Jesteśmy gotowi.

Jak rok temu jesteśmy prawie punktualnie. Tylko ja się spóźniam, bo biegałem przed wyjściem po pokoju i szukałem okularów ochronnych, które naszykowałem sobie gdzieś „na wierzchu” ale nie pamiętałem gdzie. Po 25 minutach biegania w kożuchu i walonkach okulary odnalazły się „na wierzchu” w czarnym futerale na czarnej kanapie, żesz bladź… No nic, najważniejsze, że jestem przed odprawą, spocony ale cały… Mróz siarczysty aż trzaska – minus 12 stopni. A będzie gorzej, to dopiero wieczór jest.

O 20.30 odprawa, punktualna jak zawsze.
– Baaa…ość!!! – Agapow zaczyna swoje. Kto raz był żołnierzem, pozostanie żołnierzem. Stalkerzy jakoś tam się schodzą i stają w trójszeregu falistym. Agapow, przypomina co i jak, że sprzężenie, że artefakty, że wojsko, że granice zony bezpieczne, bo jak nie anomalia przerobi na galaretę… Wiemy, wiemy, pamiętamy, wszyscy już się nie mogą doczekać aby nachapać się artefaktów. Handlarz rozdaje batony przeciwpromienne i pobiera namiary. Niby, że jak się nam cos stanie to przyjdzie po nas pomoc, ha, ha! Już widzę, jak ktoś pójdzie w nocy do zony gdzie anomalie i mutanty po biednego rannego stalkera! Nikt w to nie wierzy ale udajemy, że jest OK i wpisujemy namiary na swoje PDA na listę.
– Ej, Tatowicz! – drze się Agapow – pamiętaj o specjalnej nagrodzie!
Rechocze się złośliwie. Pamiętam, pamiętam, myślę i humor mi znów siada na myśl o polującej na mnie armii siepaczy Ertowicza.
Wychodzę przed szereg i zapraszam do siebie szefów innych klanów stalkerskich. Przychodzą tylko trzej, reszta udaje że mnie nie słyszała. No to nie, łachy bez, mamy dla was informacje wywiadowcze ale jak nie chcecie…
Szybko przekazuje trzem klanom co się dowiedzieliśmy od Enderskiego: że wojsko ma swoje patrole w naszej części zony, choć nie powinni, i że będą na obserwować donosząc Ertowiczowi którędy będziemy się chcieli przebijać przez kordon. Co więcej mają za zadanie dołączać się do grup Stalkerów a potem strzelać nam w plecy… Niedoczekanie, trepy jedne. Ustalamy hasło rozpoznawcze dla stalkerów: niebieski. Jak ktoś powie cos innego – wiadomo, żołnierz i trzeba go, ehem, unieszkodliwić.

Okulary zachodzą mi parą. Nic nie dało, że w domu pucowałem je przez pół godziny specjalną ściereczką kupioną aż w Ameryce.
– Masz. – mówi Enderski, i podaje mi buteleczkę anti-foga. Spryskuje sobie okulary, które natychmiast pokrywają się skorupą lodu. No to pięknie, kur…, pięknie, jak mawiają Polacy.
Zanim zdążymy wyruszyć musiało się posrać jeszcze parę rzeczy. Pada słuchawka do radia, a Jotkaelowiczowi zamarza karabin. Walczymy ze sprzętem na parkingu aż zrezygnowany wrzuca karabin do bagażnika gazika.
– Trudno, – mówi – pójdę bez broni.
Niech tak będzie, Jotkaelowicz robi dziś za naszego radiowego i za nawigatora. Przynajmniej będzie się mógł skupić na innych funkcjach, a my będziemy osłaniać.
Weszliśmy z 15 metrów w teren, więc każe oddać po strzale kontrolnym. Jest coraz lepiej: zamarzły tez karabiny Krysy i Loganowicza… Nasza siła ogniowa jest pożałowania godna, obyśmy nie napotkali mutantów. Jedyne co mnie uspokaja, to fakt, że te bydlęta też rozpoznają sprzężenie i w jakiś sposób znikają na ten czas z zony. Zanim wrócą minie kilka godzin , do czwartej w nocy powinniśmy być od mutantów bezpieczni…

Rozdzielamy się na trzy grupy i czyścimy „naszą” cześć strefy. Martwię się, bo przez wpadkę z nieczynnymi karabinami, wszyscy zdążyli wejść w Zonę przed nami… Wpadamy na jedną, drugą grupę stalkerów – niebieski, niebieski, wsio w pariadkie. A tu tymczasem miłe zaskoczenie: Vitkowski znajduje artefakt nr 12. 15 minut później Loganowicz wpada na artefakt nr 16. Wkrótce do Agapowa idą SMSy o znalezisku. Mamy już dwa artefakty a akcja nie zaczęła się na dobre!

Punktualnie o 2200 wszystkie zespoły spotykają się w wyznaczonym ORP. Zajmujemy pozycje obronne i obserwujemy perymetr czekając na dane z satelit Agapowa. Mija 5 minut a tu nic. Zaczynamy się niepokoić. O 22007, jest w końcu! Ale dane SA nieczytelne, co jest cholera, jakieś szyfrowanie czy coś? Prosimy o powtórną wysyłkę. Tym razem dostajemy koordynaty czytelne. Parę minut później ruszamy południowym skrajem zony. Grupa „sabotażystów” rusza do środkowej części kordonu. Po drodze idziemy w ciemno po kolejne trzy artefakty, nasze stalkerskie PDA wypuszczają w eter wiadomości:

22:32 EGO JKL 17
22:42 LOL JKL 19
23:10 UTM JKL 20

Ostatni z artefaktów jest już pod liniami obronnymi wojska. Widzimy światełka i słyszymy głosy. Jest czyste niebo, pełnia i widoczność jest znakomita. Zdejmujemy noktowizory bo są całkowicie nieprzydatne. Zresztą okulary tak zaparowane, że mam do wyboru: oglądać szarą mgłę albo zieloną mglę. Wolę szarą – mniej się świeci. Daje znak Jotkaelowiczowi aby puścił informację do Rodrigezowicza o rozpoczęciu akcji.

– 4-ty Lipca! 4-ty Lipca! – mówi Jotkaeliowcz cicho do radia, i dostaje potwierdzenie: Tak toczno!
Ruszamy powoli do przodu podczas gdy kilkaset metrów od nas Rodrigezowicz z Kajakowską zaczynają swoja akcję. Wypatrują pierwszy kontakt, Rodrigezowicz celuje ze swojego SAW’a i ciszę nocy rozdziera… wizg zmielonej zębatki. No, żesz! Rzuca kilka granatów, po czym zaczyna oświetlać cel dla Kajakowskiej, która flankuje go i ostrzeliwuje: pruut! Pruut! Cel zrywa kontakt. Jest drugi! Oświetlamy i z flanki go! Pruut! I on zrywa w ciemność. Jest trzeci. Światło i flanka, pruut! Zrywa. W środkowym rejonie kordony zapanowuje cisza. Jak to, czyżby to wszyscy? A więc naprzód! W Rodrigezowicza i Kajakowską wstępuje nadzieja, że przebiją się we dwójkę na drugą stronę. Ale 50 metrów przed końcem linii wojska nagle w twarz świeci im 6-8 latarek. O cholera, QRF chyba dobiegł! Przepraszamy bardzo Panów, zapomnieliśmy wyłączyć w domu żelazka! Spadamy, w tył, w tył! Chwiejące się światła latarek nieustępliwie podążają za plecami, nawołują się. Hasło! Odzew! Rozdrigezowicz zeskakuje do rowu, byle dalej, a tu brakuje tchu! Pościg jest tuż, tuż, kiedy przerywają pogoń. Uuuff, udało się, złapmy oddech. Rodrigezowicz szybko łączy się na radiu i podaje nam usłyszane hasła wojskowe.

Tymczasem nasza grupa dochodzi tuz pod pozycje wojska. Krysa wpada na wrogi patrol. Kto tam? Stój!
– Warszawa cztery! – krzyczy przytomnie Krysa i żołnierze… dają mu spokój! Uuuf, mamy fart…
Trzeba skorzystać z zamieszanie zrobionego przez Rodrigezowicza, a tu: co to z boku? Od północnego wschodu nadchodzi inna grupa stalkerów i wchodzi w kontakt ogniowy z wojskiem. Zalegamy i obserwujemy akcje rozgrywająca się o kilka metrów od nas: słyszymy nawoływanie wojska WARSZAWA 4! KOMPUTER 5! Hasło! Stój bo strzelam! Lecą granaty. Stalkerzy zrywają na południe i przekraczają drogę która jest granicą zony. Jak to?! Przecież tam są anomalie, które miały przerabiać na galaretę! Być może po sprzężeniu nie zdążyły się jeszcze na nowo utworzyć… Ha! Nie będziemy ryzykować przejścia poza granicą zony bo może nie będziemy mieć tyle szczęścia a z rozpoznania przed nami wynika, że teren zbyt silnie obsadzony i nie przebijemy się. Zanim daje radę wydać rozkaz czujki wroga natykają się na Krysę po raz kolejny. 3 żołnierzy staje 5 metrów od niego i woła Warszawa 5! Odzew! Odzewu Krysa nie zna a karabin popsuty. Leży całkowicie bezbronny po czym zostaje rozstrzelany przez żołdaków. Bydlaki! Zabii Krysę! Pomścimy cię!

Ale pomścimy później bo teraz musimy do tyłu. Zrywamy się 50 metrów o odbijamy na północ, może tam będzie więcej szczęścia. Enderski przechodzi na szpicę w miejsce zabitego Krysy. No panie były porucznik! Pokaż na co cie stać i czy znasz sposób działania wojska! Enderski podczołguje się bliziutko pod umocnione pozycje. My za nim.
– Dwadzieścia metrów przed nami! – przekazuje mi szeptem metodą głuchego telefonu Loganowicz od Sonsajewa, który z kolei dostał meldunek od czujki.
– Komandir! Szto dziełat’? – pyta się Loganowicz i wiem, że nadchodzi moment prawdy: uda się czy się nie uda?
– Naprzód! – wydaję rozkaz, podrywam się i ruszam do szturmu. Obok mnie Sonsajew. Natychmiast ożywają karabiny ochrony ale strzelają bardzo niecelnie. Puk! Puk! Puk! Odpowiadam ogniem z mojej ospale działającej, zamarzniętej broni. Nic nie widzę i nie mam szans z tej pukawki trafić nikogo, w zasadzie strzelam bardziej dla efektu psychologicznego, niech tam się boja, niech zalegną, niechaj przywrą do ziemi. Ratatatata! Słyszę perfekcyjnie działający karabin Łysej Julii. Nie na darmo Sonsajew jest naszym rusznikarzem, chyba reszta też będzie musiał bardziej dbać o sprzęt bo jak tu w bój iść z zamarzniętym M4?

– Warszawa cztery! – krzyczy dla zmyłki Enderski ale to strzał w kolano. Jego głos rozpoznaje dowódca oddziału wojska. Ognia! To Enderski! Stalkerzy! Ale jest za późno. Kilka strzałów i najbliższy żołnierz pada martwy na ziemię. To za Krysę ty taki owaki! Enderski zatrzymuje się aby zabrać trupowi karabin: jego własny AK zamarzł na kamień.

Ratatata! Sonsajew chyba też trafia kogoś, bo słyszę okrzyk. Ale reszta żołnierzy mocno ostrzeliwuje do nas z boku. Cały czas przemy do przodu. Nagle orientujemy się, że jesteśmy tylko we dwóch. Gdzie reszta klanu? Pogubili się, zabili ich czy co? Odskakujemy do kanału chroniąc się przed ogniem.

Zapada względna cisza. Może o nas zapomną? Straciliśmy kontakt z reszta grupy i jest nas tylko dwóch ale może uda się nam teraz przeczołgać do granicy? Widzimy ją tuż tuż, jest od nas 50-60 metrów. Leżymy w śniegu i nasłuchujemy. Chyba się uda?
Nie! Grupa wojska zaczyna czesać teren latarkami i rzucać granaty. Najpierw trochę na ślepo ale wybuchy się zbliżają!
– Zrywamy – cicho mówi Sonsajew.
Odwracam się i zaczynam biec, kiedy słyszę terkot karabinu. Lód pode mną załamuje się i wpadam do śmierdzącej bagnem wody. Kładę się na lodzie i odwracam: seria trafiła Sonsajewa. Po chwili wybuchają obok niego trzy granaty – biedak nie miał szans tego przeżyć. Biegnę dalej. Kilkanaście metrów dalej lód znów pęka. Chlup! Skacze na stromy brzeg, próbując się wygrzebać z wody. Ściana brzegu jest śliska od śniegu i lodu i nie mam punktu zaczepienia: po każdym kroku do góry znów się zsuwam do wody. Widzę zbliżające się postacie żołnierzy, więc zamieram: nie chce aby mnie zauważyli i rozstrzelali, rozcapierzony na brzegu jestem jak żaba na asfalcie, bez szans. Czekam aż przejdą i czuje wlewające się do butów lodowate strugi wody… pięknie, cholera, jest minus 16. Bladź!

Wreszcie poszli. Mogę się znów spróbować wydostać. Gramolę się na brzeg czepiając krzaków. Wystawiam głowę tylko po to aby zobaczyć szturmującą przez las główna grupę. Nie wiem dlaczego tak długo zwlekali, ale przez przypadek wyszło dobrze. Wojacy sądząc, że atakowała tylko mała grupa stalkerów, która wyeliminowali skupili się na opatrywaniu rannych. Nasi do nich podbiegają.
Pada kilka strzałów.
– Warszawa pięć! – krzyczą żołnierze.
-Komputer pięć! – odwrzaskuje Robalow, który nasłuchał się odzewu kiedy czekaliśmy w krzakach.
– No to czemu strzelasz, cholera?? – denerwują się.
– Sorry. – odpowiada z głupia frant Robalow, pochodząc bliżej.
Reszta grupy zbliża się do żołnierzy.
– Teraz! Agoń! – wydaje rozkaz Jotkaelowicz i czterech żołnierzy ginie na miejscu. Grupa Czoranja Woda już bez przeszkód i dalszych strat przebija się na drugą stronę, za granicę kordonu. Udało się.
Szybko idą do oznaczonych na mapie artefaktów. Do Agapowa lecą nowe informacje:
00:10 SAW JKL 2
00:16 DOT JKL 1

Tymczasem wracam do ogniska, do Agapowa, na wschodnią cześć Zony. Do bezpiecznej strefy. Po drodze spotykam Rodrigezowicza i Kajakowską. Też się wycofują – ich zadanie spełnione. Spodnie mam tak zamarznięte, że nie mogę iść – Rodrigezowicz rozcina mi je nożem, żebym mógł je zdjąć. Równie dobrze mógłby rozcinać gips. Przy ognisku, grzejąc się, czekamy na wieści od głównej grupy.

Główna grupa po drodze zabiera jedna nagrodę specjalną. W terenie został wcześniej ukryty przez wojsko element elektroniczny, chyba jakaś nowa technologia czy coś, nie znam się. Pułkownik Ertowicz najwyraźniej miał to zhandlować obcym szpionom. Skąd ci szpiedzy nie wiem, z Chin, albo Ameryki, kto to wie… W każdym razie, żeby dokonać bezpiecznej wymiany, wojsko zbunkrowało towar w zonie a kupcom pułkownik podał namiary na paczkę do odbioru. Najbezczelniej, ogłoszeniem w gazecie, zaszyfrowane! Agapow jakoś się o tym dowiedział i dał stalkerom cynk. Wystarczyło rozkodować koordynaty co Jotkaelowicz z Loganowiczem zrobili w trymiga (słowem kluczem było słowo POWSZECHNY) i iść jak po swoje… Zwłaszcza, że Agapow obiecał zapłacić jak za dobry artefakt. Co z tym fantem zrobi nie wiem, grunt że nam kaska wpadnie.
00:23 ARS JKL ZAGADKA

Kilka minut później docierają do medyka na wschodnim krańcu zony. Zostawiają kilka osób w tym także przemokniętego Vitkowicza, który tez wpadł do wody podczas przebijania się przez wojskową strefę i twardo poszedł dalej, a Jotakelowicz, Loganowicz, Horsajew i Enderski ruszają na rekonesans. Najpierw odnajdują bunkier. Stają niepewni, w tym bunkrze w zeszłym roku grasowały zmutowane małpy, zwane przez stalkerów Wyciskaczami (dlaczego, nie wiadomo). Powoli wchodzą… jest! Jeden Wyciskacz siedzi a obok niego artefakt. Po zastrzeleniu mutanta zabierają trofeum i idą dalej.
01:02 HDD JKL 9

Ostatnie koordynaty wskazują na leżące na wschodzie bagna. Wchodzą w nie a Jotkaelowicz zapada się po łydki.
– Cholera! Może koordynaty pomylone?
Dwa razy sprawdzają, ale współrzędne jak byk pokazują: tu. Na bagnie. Rozglądają się dookoła. Nic, pusto. Może inni stalkerzy już wzięli? Ale śladów nie ma! Nagle Jotkaelowicz dostrzega na drzewie dziuplę. Jest! W środku artefakt, cholera! W eter leci ostatni komunikat:
01:14 MIL JKL 10

Przy ognisku Rodrigezowicz odbiera wiadomość na radio:
– Wsio w pariadkie. Zebraliśmy razem dziesięć sztuk.
Hurra! Cieszymy się. Zarobek będzie, rodziny się ucieszą. I pochówek porządny zrobimy Krysie i Sonsajewowi. Z wypiardem i orkiestrą. Trzy dni będzie się wódka lała strumieniami. A jak przetrzeźwiejemy, trzeba znów w Zonę, do mutantów i wojska, na zarobek… Takie życie stalkera. Może i niebezpieczne. Ale lepsze niżby siedzieć w jakimś biurze w Moskwie i głupie reklamy wymyślać czy komputery naprawiać, co nie?

Skład grupy Blackwater:
Tato – dowódca
Sonsi – zastępca dowódcy (WZW)
JKL – RTO/nawigator
Logan – rifleman/medyk
Szczur – Rifleman (WZW)
Robal – sawgunner
Rodriguez – sawgunner
Kaja – rifleman
Vitek (CLST) – rifleman
Horse (CLST) – rifleman
Ender (bez przydziału) – rifleman

W sobotnią cichą noc, mroźną noc odbyła się druga edycja gry Nuclear Winter Night. W tym roku było jeszcze trudniej (wskaźnik skoczył z „difficult” na „hardcore”, przy tym tempie wzrostu poziomu trudności następna edycja będzie na poziomie „are u kidding bro?”:-) ): niska temperatura (-17 st) i głęboki śnieg mocno stawiały wysoką poprzeczkę graczom. Wojsko było bardzo liczne i mocno przygotowane i zdeterminowane aby w tym roku nie dopuścić Stalkerów do zamkniętej strefy Zony, oczywiście dla ich dobra… Nawet artefakty też jakoś słabiej świeciły niż w zeszłym roku.
Pomimo przeciwności udało się nam zebrać 10 z całkowitej liczby 21 artefaktów rozrzuconych po terenie co wg info od organizatora była najlepszym wynikiem wśród startujących ekip. Dziękujemy za wspólną grę!

W tym roku kolejna edycja Nuclear Winter Night. Po zwycięstwie w zeszłorocznej edycji w nocy z 26 na 27 stycznia będziemy bronić tytułu. Relacja z zeszłorocznej edycji znajduje się na naszej stronie tutaj:

http://blackwater.mil.pl/poslie-akcjonnyj-protokol-czyli-sprawozdanie-z-nuclear-winter-night-28012012/

Zapraszamy do lektury i przypomnienia sobie zeszłorocznych zmagań!

Informacje dotyczące tegorocznej edycji znajdują się na stronie organizatora:

http://fia.com.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=310&Itemid=1

Dziś przyszedł do nas Rodrigezowicz.

– Będzie akcja- mówi.

Jasne, że będzie wzruszamy ramionami. Cały czas jest. W końcu czym innym jest zbieranie artefaktów w Zonie, jak nie ciągłą akcją? Zwłaszcza jak polują na Ciebie dobry człowieku żołnierze, bandyci, mutanty oraz inni stalkerzy? Jak czasem anomalia zmieni nogę w galaretę? Pieska robota, psiamać. Ale i kasa z tego jest. Kasa jest potrzebna. Dzieciaki trzeba odchować, ryje wykarmić. A potrzeby coraz większe: mieszkanie zamienić na lepsze, ajpody-srajpody dla dzieciaków, wczasy w Soczi dla żony… I co, że ja i tak ich widze 2 razy do roku kiedy się na wywczasy z Zony do domu wypuszczę. Uuuch, jebata żyzń.

Ale nic. Rodrigezowicz mówi dalej.

– Sprzężenie będzie. Jutro, około dziewiątej wieczorem.

Strzyżemy uszami. Skąd on to cholera, wie? Rodrigezowicz to dobry stalker, doświadczenie ma wojskowe. W Specnazie był. Tylko się za bardzo sprzętem obwiesza, kolimatory, risy-srisy, lasery-bajery…. Zwykły kałach też jest dobry. Czasem nami dowodzi, pewnie będzie tak i teraz, w końcu to on przyniósł informacje. A więc działka się jemu należy największa, taki zwyczaj. Patrzę się na resztę klanu Czornaja Woda. Już się ślinią na myśl o zarobku.

Nie dziwota. Raz na jakiś czas ( a zupełnie nie wiadomo raz na jaki) przez Zonę przechodzi sprzężenie. Tak to nazywamy. W Zonie wtedy być nielzia: jeśli będziesz sprzężenie przerobi cię na galaretę. Za to potem! Wysyp jest artefaktów wszelakich. Zbiera się je jak podgrzybki jesienią. Tylko na anomalie trza uważać. Całkiem się wszystko przesuwa, zona zmienia się nie do poznania.

Rodrigezowicz ma dla nas kolejne rewelacje.

– Godzinę po sprzężeniu będziemy mieli współrzędne artefaktów.

O, Bladź! Czyli walimy w ciemno, nie błąkamy się pomiędzy anomaliami! Ale skąd dostać takie informacje? Do tego trzeba satelity i to wojskowego z podglądem promieniowania we wszelkich pasmach, to poza możliwościami stalkerów!

Patrzę się na Loganowicza. Poczciwy chłop choć dzieciorób. Chłopaki mówią że ma 5 różnych żon, dwie w Kijowie, dwie w Odessie a jedną w samej Moskwie. Każdej zrobił po trzy bachory. Ciągle jest do tyłu z kasą: wiadomo, tyle gąb wyżywić…

Loganowicz szepce: – Pewnie to od Agapowa…

No pewnie, ma rację! Agapow to handlarz w naszej części Zony. Cholerny krwiopijca i wyzyskiwacz. Targuje się o każdy artefakt a potem sprzedaje z zyskiem 1000% naukowcom spoza strefy, psia jego mać. Ponoć zarobił już kokosy. Chłopaki mówią, że Agapow ma kilka pałacyków na Ukrainie, kilka apartamentów w Rosji, podobno też kupił sobie willę na lazurowym Wybrzeżu. A my tu wypruwamy sobie flaki… Ale z Agapowem lepiej żyć w zgodzie. Było kiedyś dwóch takich. Zamarzył się im wielki szmal. Doszli do wniosku, że sami znajda dojścia i sprzedawać będą artefakty bez pośrednictwa handlarza. Udało się im raz, chwalili się innym stalkerom, że teraz oni są pany. Drugi transport Agapow zakapował do wojska. Wojsko urządziło zasadzkę: jednego ze wspólników i „mrówki” zastrzelili. Drugiego złapał sam Agapow przy pomocy swoich koleżków z FIA (Federalnaja Interwencyjnaja Agencja) i wsadził łbem naprzód do anomalii. Teraz nikt się nie stawia, w końcu na co pieniądze jak się jest trupem…

Ale teraz wygląda na to, że choć raz Agapow zarobi swoje pieniądze sprawiedliwie.

– Dostaniemy, mapy, strefę rozlokowania wojska, współrzędne artefaktów – mówi Rodrigezowicz.

Fiu, Fiu! – gwiżdże z podziwem Sonsiejew zwany Łysą Julią. Czasem jego przezwisko budzi wesołość wśród nowych stalkerów, tzw. kotów. Podśmiechujki z Łysej Julii to zły pomysł: można się dorobić złamanej szczęki a skąd wziąć dentystę w Zonie? Sonsiejew faktycznie jest łysy jak kolano. Druga część przydomku wzięła się z wojny Polsko-Białoruskiej. Najął się jako najemnik do Polaczków. Jego oddział miał kryptonim Julia. Sonsiejew był znany z tego, że osobiście podrzynał gardła złapanym Białorusinom. Czemu? Bo ponoć kiedyś jakiś Białorusin zwiał z jego pierwszą żoną, chyba ma uraz.

– Jotkaeljew i Tatowicz będą odpowiedzialni za nawigację.

Acha, czyli ja. Patrzę na Jotkaeljewa. To nasz klanowy haker – ciągle cos tam robi z komputerami. Poprzerabiał nasze stalkerowe PDA tak aby automatycznie otrzymywały wiadomości od Agapowa i nanosiły je na mapę zony i jeszcze łaczyły się z centralą. To mu się udało, choć nie zawsze jest taki sprytny. Kiedyś kupiliśmy śmigłowiec od wojska, myśleliśmy, że będziemy latać na rozpoznanie nad Strefą. Jotkaeljew chciał shakować wojskowy soft w śmigłowcu i spalił cała awionikę: byliśmy 300 tysięcy zielonych do tyłu.

Jotkaeljew puszcza do mnie oko. Niby że wszystko będzie w porządku. Dobra, niech Ci będzie, odmruguję.

– Pójdzie z nami nowy: Marcinkajew.

Robalow się marszczy. Nie dziwota: Marcinkajew ma opinie twardziela. Ponoć spieprzył kiedyś z transportu na Kołymę, przez 3 tygodnie szedł syberyjskim lasem zanim doczłapał się do jakiejś wsi. Ma na łokciu wytatuowane imię swojej dziewczyny. Twierdzi, że jak daje delikwentowi w ryja z łokcia to lubi mieć świadomość, że imię jego dziewczyny to ostatnia rzecz jaka tamten widzi. Pojeb, nie? Ostatnio wbił jakiemuś kotowi szczękę do mózgu.

Robalow nie może go lubić bo sam jest maminsynkiem. Lubi siedzieć w ciepłych gaciach przed kominkiem i wozić się ogrzewanym gazikiem. A tu w zonie zima więc dupa mu się może odmrozić, zwłaszcza jeżeli to Marcinkajew narzuci tempo marszu. No, ale nie narzekam bo Robalow dobrze strzela i parę razy w bitwie mi dupę uratował.

– Na satelitarnym absmatrywanju będzie siedzieć Suszynskaja. – To dobry pomysł: jeden z naszych będzie patrzył na nasze ruchy w terenie przez sygnał zwrotny naszych GPS-ów wbudowanych w stalkerskie PDA. Dzięki temu może korygować nasze ruchy naprowadzając nas na artefakty lub pomoże odnaleźć się w wypadku gdybyśmy rozproszyli oddział. W razie wypadku możemy się połączyć sat-tefonem a ta zaalarmuje Agapowa (o ile ta handlarzyna zechce nam przyjść z pomocą). Suszynskaja to jedyna kobieta w naszym klanie. Twarde babsko, próbowałem ja kiedyś poderwać podczas stalkerskiego ogniska, wiadomo samotność w Zonie doskwiera. Przystawiła mi nóż do kroku i powiedziała, że rozpłata kak sabakę. Głupi babsztyl, pewnie lezba, to jest chciałem powiedzieć kochająca inaczej, tfu!

– Dziś o 2000 spotykamy się przed zachodnim wejściem do Zony – kończy odprawę Rodrigezowicz. – W terenie jest armia, mogą być bandyci. Wchodzimy, łapiemy ile się da artefaktów, spadamy do Agapowa, sprzedajemy je i idziemy na wódkę, paniali?

Kiwamy głowami.

– Bądźcie gotowi, wsio musi być na tip-top. Jak nie, nogi z żopy powyrywam, jasne?!

Jasne, wszystko jasne.

Wieczorem jesteśmy na miejscu wszyscy punktualnie. Tylko Sonsiejew z Marcinkajewem się lekko spóźniają: ponoć zamarzł im zamek w gaziku. Mogli rozmrozić spirytusem, co oni się nie znają? Lekko popizduje. Patrzę na termometr: -11 st. Eee, luzik jest! Myślałem, że będzie zimniej.

Przed wejściem do strefy coraz większy tłum. Ten cholerny handlarz zaprosił tu chyba wszystkie klany stalkerów! Przy takiej konkurencji co my zarobimy, bladź? Z drugiej strony go rozumiem, zabezpieczył się. Jeżeli my zginiemy zastrzeleni przez wojsko czy bandytów, to może komu innemu uda się przedrzeć. Grunt żeby przynieśli artefakty Agapowowi. Cholerny handlarz, dla niego ważna jest tylko kasa.

Punktualnie o 2030 Agapow robi odprawę.

– Baczność! W szeregu zbiórka!

Co on sobie myśli, że to Krasnaja Armia? My jesteśmy stalkerzy! Ale nic, stajemy. Czuć w powietrzu, że zaraz będzie sprzężenie (do tej pory nie wiem jak Agapow mógł o tym wiedzieć 24 godziny przed faktem, chyba się jakaś przełomowa technologia w wojsku pojawiła) po tym wejdziemy w teren. Po godzinie, o 2200, dostaniemy koordynaty. Wiadomo, nad Zona przeleci satelita, obfotografuje i dane wyśle do Wojska. A stamtąd, jakiś gruby generał, który siedzi u Agapowa w kieszeni prześle te dane tam gdzie trzeba… Czyli do nas.

Tuż przed 2050 rusza sprzężenie. Niby nic nie widać ani nic nie słychać, ale włosy same staja na głowie… W okolicy rozszczekują się psy. Pewien jajogłowy mówił mi kiedyś, że sprzężeniu towarzyszą zjawiska infradźwiękowe, czyli niby takie które są poniżej granicy słyszalności ludzkiego ucha. Że niby nic nie słychać ale powoduje to panikę u zwierząt i ludzi. Mówił, że znane są przypadki porzucania przez marynarzy okrętów na morzu z powodów tych infradźwięków. Kto go tam wie, może zmyślał. Ludzie po litrze spirytusu nie takie rzeczy opowiadają.

Agapow rozdaje batoniki, ponoć obniżają wpływ promieniowania. Przydatne, jak się utknie na dłużej w Zonie. Dziesięć minut później wchodzimy tłumnie do strefy. My dzielimy się na dwa oddziały. Pierwszym dowodzi Rodrigezowicz, z nim Jotkaeljew jako nawigator, Loganowicz medyk i Robalow osłania dupę. W drugim, dowodzonym przez Sonsiejewa jestem ja jako nawigator i Marcinkajew. O 22.00 mamy się spotkać we wcześniej ustalonym miejscu i już razem ruszyć w strefę wojska. Musimy się połączyć – mamy tylko jednego medyka. To znaczy przeszkolenie ratownicze mają wszyscy ale po kilku chudych miesiącach w zonie i wtopie na wypadku ze smigłowcem stać nas było tylko na jeden plecak medyczny. Który teraz dźwiga niezadowolony Loganowicz, hłe, hłe.

Nasz oddział rusza ku północnej granicy strefy, Rodrigezowicza ku południowej. Czeszemy zagajniki i pouczone budynki przy starej autostradzie północ południe. Mija jakieś 40 minut potykania się o zmarznięte wykroty i klęcia w żywy kamień. Nagle poruszenie na radiu. Jest! Jest! Marcinkajew znalazł artefakt! Dobra nasza, czyli przynajmniej wyprawa wyjdzie na czysto! Każdy następny to czysty zarobek. Zaraz potem Sonsi znajduje jednego. Klepiemy się radośnie po plecach. Od drugiej grupy też mamy radosne wieści: mają trzeci! Do Agapowa idą z naszych stalkerskich PDA trzy zaszyfrowane wiadomości:

2146 JKL KIA

2149 Sonsi GOD

2156 Tato SHE

– 3 minuty do 2200! – w radiu słyszymy nerwowy głos Loganowicza. Czyli za trzy minuty kończy się rostawianie i niepisany układ pomiędzy Stalekrami, żeby do siebie nie strzelać… Zdążamy na miejsce spotkania.

– Czas do przybycia 1 minuta! –melduje dowódcy Sonsiejew.

– Odwołane, odwołane. Spotykamy się na miejscu zapasowym – dostajemy meldunek zwrotny.

Spokojno, to niedaleko, będziemy za góra 5 minut. Skręcamy i wzdłuż południowej krawędzi Zony idziemy na wschód.

Mamy około 100m do oddziału dowódcy, kiedy słyszę nerwowe nawoływania na radiu.

– Kontakty na drodze! Wchodzą na mnie! – to Robalow. Rozdrigezowicz go uspokaja, wie że podchodzimy, nie chce dopuścić do przyjacielskiej wymiany ognia. Ale Robalow wiec co mówi, a ja potwierdzam jego słowa. Jesteśmy na tyle daleko, że nie możemy to być my. W końcu Rodrigezowicz wydaje zgodę na ostrzał: agoń! Rozlega się terkot karabiny wsparcia o 50m w przód od nas. Po chwili dołącza wolniejszy pyk!pyk! z eM-ek. Kontakt odrywa się od ostrzału, pechowo dla siebie bo w kierunku naszego nadchodzącego oddziału. Puf! Puf! Puf! Posyłam jednemu serię z P-90. Wróg staje ale nie wiem czy dostał. Strzelam jeszcze raz: puf! puf! puf! Jęczy, chyba go dobiłem. Podciągamy do przodu. Jeszcze krótka wymiana ognia i wszyscy wrogowie nie żyją. Rodrigezowicz sprawdza przez radio stan: kak u was? Żyw! Żyw! Meldujemy. Okazuje się, że nie mamy żadnych strat własnych. Przeszukujemy trupy: to stalkerzy. Przez chwilę mam wyrzuty sumienia, pewnie tez mają dzieci i jędzowatą żonę… Ale po sekundzie uświadamiam sobie, że bycie stalkerem to twardy biznes. Mniej stalkerów – mniejsza konkurencja. Sprawdzamy im worki zrzutowe: nie maja artefaktów, bladź! Zabieramy batony przeciwpromienne i spadamy. Na wschód w stronę linii wojskowych.

Idziemy cały czas wzdłuż południowej granicy Zony. Nasze PDA pokazują, że kilkaset metrów od nas powinien być artefakt. Niestety, choć wypatrujemy oczy, nagrody ani widu ani słychu. Pewnie ktoś już ją zgarnął, psia mać. Na podsłuchu mam inny kanał radiowy. Jakaś grupa melduje o znalezionych trupach, a więc ktoś idzie naszym śladem! Trzeba się pospieszyć. Zgłaszają się numerkami 21, 22, 13… Wydaje się że klan Tienie. Znaczy się, konkurencja! Tymczasem coraz lepiej widać linię demarkacyjną – żołnierze całą oświetlili zniczami. Robi to miłe wrażenie jak z Zaduszek ale wiemy, że nie będzie łatwo się przedrzeć! Tym bardziej, że sołdatów mnóstwo, słyszymy ich nawoływania. A teren robi się coraz trudniejszy. Nasza grupa idzie po cienkim lodzie, który trzaska nam pod stopami. Oczami wyobraźni widzę jak lód się załamuje pode mną i ląduje po pas w zamarzającej wodzie. Na domiar złego pękają gałązki w olchowym młodniaku przez który się przedzieramy. Mam wrażenie, że słychać nas z kilometra: jak nic zaraz zagrają gniazda karabinów maszynowych. Idziemy coraz wolniej i ostrożniej. Ostatnie metry pokonujemy w ślimaczym tempie, noga za nogą.

– Stój! Kto tam?! – Krzyk żołnierza brzmi jak wystrzał w nocnej ciszy. A więc stało się to co musiało się stać: usłyszeli nas! Zaraz zacznie się strzelanina! Odbezpieczam karabin. Ale strzały nie padają, może i sami wartownicy nie są pewni czy cos słyszeli czy nie? Przesuwamy się nadal wolno do przodu.

– Hasło! – kolejny krzyk. Pada pierwszy strzał, o bladź! zaczęło się! Jest ich dwóch, po naszej prawej, przy granicy. Odpowiadamy ogniem. Jeden znika: albo oberwał, albo zerwał. Drugiego nie widzimy ale gdzieś tam nadal jest.

Alarm! Alarm! O psie syny, dobrze są zorganizowani! Od południa w nasza stronę biegnie tłum żołnierzy, słychać wykrzykiwane rozkazy, widać promienie latarek. Co robić, co robić? Uciekać, przebijać się? Dowódco, dawaj rozkaz!

Naprzód! – słyszę w radio Rozdrigezowicza. A więc w pieriod! Odbijamy biegiem w prawo, jak najbliżej granicy a jak najdalej od nadciągających posiłków. Cały czas pamiętam, że tam musi być jeszcze jeden strażnik, gdzie on? Jest, jest, widzę majaczący biały maskalat z kapturem skulony obok drzewa. Przyklękam i puszczam mu serię. Puf! puf! puf! gdacze mój toster. Nic? O bladź! Poprawiam, puf! puf! puf! Znów go nie trafiam, ale chyba strzelam blisko, bo podrywa się i zaczyna uciekać wzdłuż granicy na zachód. Ratatatata! Ciągnie za nim serią z SAWa Robalow. Gnamy biegiem, najpierw do granicy, potem na zachód. Byle dalej, bystrieje, bystrieje! Nadbiegające wojsko otwiera ogień, na szczęście wyjątkowo niecelnie, nie słyszę żeby kulki uderzały wokół nas. Dopadamy taśmy: czyżby już koniec strefy? Hurra! Przychodzi opamiętanie: wbiegamy na teren kontrolowany przez wojsko, pobiegną za nami. A więc nie wolno się zatrzymywać, bystrieje! Odskakujemy jeszcze ze 100 metrów, odgłosy wojska cichną. Udało się, udało! Ciężko dyszę, nie mam siły pogratulować udanego zerwania.

Sprawdzamy stany: wszyscy są? Oż, bladź nie ma Sonsiejewa i Marcinkajewa!

– Sonsiejew! Sonsiejew! Tu Rodrigezowicz! – wywołuje ich dowódca. Są, żywi. Oddychamy z ulgą. Żołnierze weszli w nas tak szybko, że musieli zrywać w drugim kierunku, w stronę „wolnej” strefy. Będą się do nas przebijać. W pariadkie, przejdą przez linię demarkacyjną w innym miejscu i dadzą nam znać. Ruszamy szybko do najbliższego artefaktu.

Widzimy go już z daleka. Do Agapowa leci kolejny szyfrogram: 2343 RAM JKL

Oj, wreszcie się odkujemy! Może i na nowy samochód starczy… Sąsiad miał do sprzedania tanio Mercedesa, beczkę. Oddaje się marzeniom podczas gdy Rodrigezowicz minuje miejsce po artefakcie. Może ktoś wejdzie, kolejnego konkurenta mniej będzie? W zawodzie stalkera nie ma litości.

– Niespodzianka założona, ruszamy – słyszę głos dowódcy. Odwracam się w kierunku marszu i ruszam w kierunku wskazanym przez Jotkaeljewa, kiedy nagle: buch! błysk oświetla drzewa. I wycie syreny. Odwracam się i oczom nie wierzę: w minę wszedł nasz, Robalow!

– Co się stało? – jęczy i przewraca się na ziemie. Natychmiast dopada do niego Loganowicz, medyk. Bada rannego. Reszta robi szybki perymetr. Jestem wściekły: ranny na własnej minie! Po minach kolegów widzę, że jeśli Robalow z tego wyjdzie to go chyba dobiją saperkami. Rozglądamy się czujnie: przecież to terytorium wojska. Na pewno słyszeli wybuch i przyślą patrol. A tu trzeba jeszcze opatrzeć i ewentualnie ewakuować Robalowa.

– Lekko ranny. – przychodzi na radiu uspokajający komunikat od Loganowicza. Miał fart, gorący szrapnel oparzył mu skórę, krwawienie jest lekkie. Robalow już opatrzony, medyk musi mu zmieniać opatrunek co godzinę bo się rana rozpaprze, ale poza tym jest w pariadkie. Ruszamy jak najszybciej, byle dalej od miejsca wybuchu.

Kilka chwil później jesteśmy przy kolejnych koordynatach. PDA Jotkaelowicza pokazuje, że artefakt musi być gdzieś przy wale z drogą. Wszystko się zgadza, więc Agapow otrzymuje kolejny szyfrogram: 2351 SAW JKL. Bez zbędnych przygód kilkanaście munut poźniej znajdujemy następny: 0006 KOT JKL. Muszę przynać, że Agapow odwalił dobra robotę. Dane są dokładne, idziemy jak po sznurku. Nie wiem ile kosztowało posmarowanie jakiegoś tłustego generała w sztabie, ale jak dla mnie to były dobrze wydane pieniądze. Zbliżamy się do wschodniego końca strefy. Tu powinien być artefakt i medyk. Ognisko medyka widzimy z daleka, a gdzie artefakt? Rozdrigezowicz i Jotkaeljew wchodzą do bunkra. Po chwili słyszymy upiorny rechot. O żesz bladź, szto eta?! Chłopaki wypadają bladzi z bunkra.

– Małpa! Małpa! Mutant jeb..ny!!

Jaka małpa? Skąd w zonie małpa? Nie chcą mówić, wyglądają jakby zobaczyli ducha. Szybko nadajemy szyfrogram: 0030 HDD JKL i idziemy do Medyka.

Ognisko u medyka piękne i ciepłe. Medyk, niejaki Basajewicz to człowiek Agapowa. Musze powiedzieć, że dba o nas. Szybko ogląda ranę Robalowa, smaruje jakąs maścią.

– Rana lekka – mówi – za godzinę można zdjąć opatrunek, wcześniej nielzia.

Dobra, poczekamy. Basajewicz częstuje kiełbasą z niedźwiedzia, zupa pomidorową i samogonem. Czym chata bogata! Jest przyjemnie, można by tu siedzieć do wiosny. Ale trzeba tez łapać artefakty. Jeden jest niedaleko, może 250 metrów. Rozdrigezowicz i Jotkaeljew szybko idą po niego, 20 minut poźniej są z powrotem, a Agapow dostaje szyfrogram: 0059 GIT JKL.

Teraz mamy czas trochę odpocząć. Kontaktujemy się z Sonsiejewem. Okazuje się, że chłopaki zaatakowali strefę demarkacyjną w samym jej środku. Szli ostrożnie, skradali się, czołgali… I kiedy już doczołgali się do granicy unikając patroli, a Sonsiejew miał wydac rozkaz przeskoczenia, okazało się, że Marcinkajew zgubił EoTecha… 400 zielonych piechotą nie chodzi, więc musieli się wrócić po śladach. A kiedy już się mieli poddać po godzienie szukania, kolimator wypadł na ziemię zza plecaka Marcinkajewa. Ha ha! Śmiejemy się ale Sonsiejewowi nie do śmiechu, teraz nie ma sensu żeby się przebijali, niech wracają do bazy. Potem chłopaki opowiadają o małpie: wisiała franca pod sufitem. Skradają się przez bunkier, ciemno i straszno. Nikt małpy nie widział, ale ona jak zobaczyła światło to zaczęła tak głośno i upiornie rechotać, że mało się nie… No nieważne. Złapali artefakt i uciekli.

Grzejemy się przy ognisku i patrzymy na mapę. Niedaleko są kolejne artefakty, trzeba iść. Ale w workach mamy ich już 8, co będzie jak nas ktoś ubije? Dorobek wieczoru pójdzie w powietrze! Rozdrigezowicz mówi: jeden zostanie przy ognisku a reszta idzie szukać! Pomysł jest dobry: w okolicach ognisk medyków istnieje niepisane prawo, stalkerzy do siebie nie strzelają. Kto zostaje? Wszyscy chcą iść, iść cieplej niż siedzieć, a temperatura spada coraz niżej. Patrzą się na mnie: wiadomo, ja najsłabszy, wiek i kondycja już nie te. Ale ja mogę iść!

– Dzjeduszka, astaniesz? – pyta się Rodrigezowicz. Dobra zostanę. W sumie mam najcieplejsze ciuchy. Do plecaka wziąłem dodatkowe gacie ocieplane i waciak, amerykańskie, na jebeju kupiłem. Teraz jak znalazł, bo popizduje zdrowo, Rodrigezowicz ma na plecach mundur zamarznięty na blachę.

Idą, a ja pilnuje worka z artefaktami. W myślach liczę kasę: oj chyba starczy nie tylko na nowy samochód! Do ogniska przychodzi grupa stalkerów. Jeden z nich ranny w rekę, dostał od miny. He, he, pewnie naszej. Ubili małpę-mutanta z bunkra, przynieśli jej ścierwo. Dają ją na pamiątkę medykowi. Nasi wracają, są dwa nowe artefakty i dwa nowe szyfrogramy: 0153 HIT JKL i 0200 HEX JKL. Na HEX weszli w ostatniej chwili: jak schodzili z punktu to weszli na grupę stalkerów. Ostrzelali się, chyba ranili dwóch, po czym zerwali w kierunku powrotnym bez strat własnych. Mamy 10 artefaktów! Loganowicz coś liczy patykiem na śniegu i się uśmiecha. Chyba mu starczy na nowe buciska dla wszystkich piętnaściorga dzieci. Czekamy spokojnie na koniec gry: po tej stronie Zony już chyba nic nie upolujemy. Być może jest jeszcze jeden artefakt do zdobycia, ale pod wojskową strefą. Ryzyko za duże: jak nas ubiją stracimy dotychczasowy urobek.

– Nie bądź chamie chytry – decyduje dowódca. Do ogniska wpadają kolejne grupy stalkerów. Namawiają nas na wspólne wyjście. He he, nie ma głupich! My z wami wyjdziemy a wy nam strzelicie w plecy i zabierzecie artefakty. Całujcie psa w nos! O 0400 Basajewicz odpala rakietę, która o mało nie rozsadza wszystkich przy ognisku. Bladź! Zbieramy się do Agapowa. Około 0445 docieramy do ogniska przy zachodnim krańcu Zony. Oddajemy artefakty i pobieramy zapłatę. Jest bogato! Agapow zadowolony, przynieśliśmy mu najwięcej. Ale świętować będziemy kiedy indziej. Teraz sprawdzam temperaturę: jest -17 stopni. Jesteśmy ubrani do marszu nie do siedzenia w warunkach syberyjskich. Żegnamy się ze wszystkimi i wracamy do bazy. W bazie budzę Suszynskają, która zasnęła nad monitorem z zapisem z satelity. Jest 0530. Czas spać.